W IZYDY świątyni z rozkazu faraona składano ofiary.

listopad 5, 2009 - autor: Jezus Chrystus

W IZYDY świątyni z rozkazu faraona składano ofiary. Kapłanów opanowało ukryte wzruszenie. Faraon codziennie przebywał w świątyni i przyglądał się składaniu ofiar. Siadywał w niej drętwo, jakby skamieniał, i tylko od czasu do czasu oczy zaświeciły jemu niezdrowym blaskiem.

Rytmicznym ruchom tancerek świątyni towarzyszyła cicha muzyka. Powietrze było tak gęste, że z trudem można było oddychać. Wydawało się, że faraon niczego już nie widzi. Siedział w bezruchu i obserwował niebieskoszare słupy dymu, które podnosiły się coraz wyżej i wyżej, i kładły się na wszystkim jak gęsty całun.

Jeden z kapłanów zaszeptał w stronę jednej z tancerek: »On zwariował, niewiele trzeba, a podczas składania ofiar zniszczy także nas.«

Tancerka odważyła się spojrzeć na faraona. »Podczas składania ofiar wcale na nas nie patrzy i nie wie, że jestem zmęczona. Gdybym przestała tańczyć, nawet by tego nie zauważył,« odpowiedziała cicho kapłanowi. Ten zdążył jeszcze skinąć jej ręką, by umilkła, ponieważ faraon wstał ze swego miejsca i zbliżał się do bożka, do posągu bogini Izis. Ociężałe kroki, które słychać było coraz bliżej, wystraszyły ich. Co się stało?

Faraon stanął przed szczupłą tancerką i kościstą ręką skinął w jej kierunku, by przestała tańczyć.

Uklękła przed nim i znieruchomiała. Zasyczał: »Chodź ze mną!«

Ciało dziewczyny przeszył dreszcz przerażenia. Wstała, przez chwilę się wahała i rzuciła w stronę kapłana błagalne spojrzenie. Kapłan kurczowo zacisnął palce na cokole bożka. W jego oczach pojawiła się bezradność, wściekłość i bezsilna nienawiść. Najchętniej podkradłby się cicho jak tygrys ku władcy wlekącemu się w stronę wyjścia i zabiłby go jednym uderzeniem. Kocha tancerkę. Czy zobaczy ją jeszcze, jeżeli teraz musi ona odejść z faraonem? Pociemniało jemu przed oczyma. – Kiedy oprzytomniał, tancerki już nie było.

Do pałacu prowadziły tajne podziemne korytarze. Kapłan wiedział o nich i posiadał ich dokładne plany, dlatego mógł łatwo i niespostrzeżenie przedostać się do pałacu, nawet w pobliże samego faraona.

»Zabiję go!« wyrwało się z jego ust.

WIADOMOŚĆ o ucieczce Mojżesza przyjęto w domu faraona ze zdziwieniem.

październik 27, 2009 - autor: Jezus Chrystus

WIADOMOŚĆ o ucieczce Mojżesza przyjęto w domu faraona ze zdziwieniem. Faraon kazał zawołać Juri-cheo do siebie. Drżała, gdy stanęła przed ojcem, zauważyła okrutny uśmiech jego cynicznie wykrzywionych ust. Jego miłość do niej już dawno wygasła, tak więc nic dziwnego, że Juri-cheo nie potrafiła utrzymać ojca w spokoju. Kiedyś tak wspaniała uroda Juri-cheo z latami odeszła, a strojne szaty i przeróżne kosmetyczne środki przywracały tylko część jej dawnego blasku. Czuła, jak na jej przekwitającej twarzy badawczo spoczywa chłodne spojrzenie faraona. Wiedziała, że dzisiaj jej wygląd zostałby przez faraona niemiłosiernie skrytykowany.

»Teraz nadejdzie koniec,« pomyślała sobie, »teraz będzie miał powód, by odsunąć mnie od siebie.«

»Gdzie ten Izraelita, twój wychowanek?« Ostro i chłodno padło pytanie faraona na Juri-cheo.

»Nie wiem « odpowiedziała cicho i nieśmiało.

»Tak więc nie chcesz się przyznać do tego, że ułatwiłaś jemu ucieczkę?«

»Mojżesz mógł przychodzić i odchodzić, jak miał na to ochotę.«

»To jest twoja wina! A więc ja ci powiem, gdzie się ukrył.«

Juri-cheo tak bardzo drżała, że musiała się oprzeć. Jej usta jednak nie wydały żadnego dźwięku.

»Jak myślisz, gdzie teraz jest ten heretyk? No?« Zapytał badawczo faraon.

»Jest u Abd-ru-shina, naszego szanownego gościa!«

Juri-cheo ciągle milczała.

»Zdaje się, że cię to nie dziwi! Czekaj, wkrótce przejrzysz na oczy i zobaczysz, co narobiłaś swoją miłością do tego – tego. – «

»Ojcze!«

Faraon ochryple się zaśmiał. Jego zapadnięta twarz wykrzywiła się w dziwnym grymasie. Swymi skurczonymi, wysuszonymi rysami przypominała twarz mumii. Juri-cheo cofnęła się o krok.

»Ty się boisz? Mnie? Wkrótce będziesz drżała przed kim innym, przed tym swoim arabskim Księciem! O, Ten jest bardzo sprytny – dobrze wiedział, kogo do siebie przyjął. Największego wroga naszego domu! Wtajemniczonego, który o nas wszystko wie, wie o wszystkich naszych słabych miejscach i niedostatkach!«

»Przestań!« krzyknęła Juri-cheo.

»Ha! Teraz obleciał cię strach! Teraz, kiedy jest już za późno.«

»Nie! Nie! On nie jest złym człowiekiem, wyciągasz fałszywe wnioski.«

»Co? Ty myślisz, że Abd-ru-shin jest aż takim głupcem, by nie skorzystać z tak świetnej okazji? Poczekaj tylko, nie potrwa długo, a stanie ze swymi watahami na granicach naszej ziemi, akurat tam, gdzie strzeżone są najsłabiej!«

Abd-ru-shin nigdy nie stanie przeciw nam. Tak samo, jak do tej pory nie napadł na żaden kraj, pozostawi w spokoju także nas!

»Ty głupia!«

Juri-cheo osunęła się na ziemię i płakała. Błagalnie spięła ręce.

»Ojcze, uwierz w to, ja znam to lepiej – Abd-ru-shin nigdy nie zdecyduje się na taki czyn! Nie, Mojżesz miał inne powody, by nas opuścić. Nie wiem wprawdzie jakie, ale na pewno nie mają nic wspólnego z podejrzeniami, o których właśnie mówiłeś.«

»Idź precz!« zasyczał wściekle faraon. »Człowiek tak głupi, jak ty, nie ma prawa zasiadać na egipskim tronie. Stałabyś się początkiem jego końca. – Błędy ojca zdążyłem podczas swojego życia naprawić. Obdarzyłem ziemię dobrobytem i ograniczyłem prawa Izraelitów, po które sięgnęli podczas panowania mojego ojca. Po mojej śmierci znowu miałoby być inaczej? Ster władzy nigdy nie może spocząć w twych słabych rękach! W żaden sposób nie pomagasz mi w moich staraniach, nie troszczysz się o tę ziemię. Pozostawiłabyś moc tym obcym, tym pasożytom, włożyłabyś ją do rąk Mojżesza, który całkiem nad tobą panuje.«

Podczas, gdy faraon mówił, Juri-cheo powoli wstała i z wysiłkiem starała utrzymać się na nogach. Zachwiała się słysząc jego ostatnie słowa.

»Obyś nigdy nie żałował swego postępowania wobec tego nieszczęsnego narodu! Wyrzekam się prawa do tronu, którego podstawy zbrukane są krwią tylu niewinnych ludzi.«

Po wypowiedzeniu tych słów faraona opuściła. Przeraziła ją własna odwaga i zadrżała na myśl o tym, jak chętnie jej ojciec korzysta ze skrytobójstwa…

Faraon przygotowywał nowe okropności. Chciał za wszelką cenę utrzymać moc. Na starość jego żądza i dążenie do ziemskiej mocy przejawiały się coraz mocniej. Utrata Juri-cheo była jemu całkiem obojętna. Tylko złoto i moc umożliwiały jemu zapomnieć o tym, że brakuje jemu miłości.

Jego nienawiść do Abd-ru-shina niezmiernie wzrosła. Ciągle myślał o tym, jak Księcia pozbawić mocy. Całe noce spędzał ze swymi magami zasypując ich pytaniami. Kiedy jednak wypowiadał imię Księcia, panowało tylko znaczące milczenie. Wszyscy zgadzali się z tym, że Abd-ru-shin posiada jakiś tajemniczy środek, który daje Jemu moc, i którego żaden człowiek nie zna. »To jakiś nieziemski dar – my go nie znamy,« mówili czarodzieje. Faraon zgrzytając zębami za każdym razem kazał im odejść. Groził im śmiercią, a oni żyli w nieustannym strachu i zrozpaczeni szukali jakiegoś rozwiązania.

Dozorcy bili lud izraelski bardziej niż kiedykolwiek przedtem. Na wpół zagojone grzbiety zginały się głębiej pod razami batów. Wiele rąk błagalnie podnosiło się w górę. Niewolę z dnia na dzień coraz trudniej można było wytrzymać. Ludzie leżeli w pyle, a jednak myśleli o swoim Bogu. Z ich popękanych i spierzchniętych ust płynęły do Najwyższego rozpaczliwe prośby, a wykrzywione ręce dźwigały się ze skargami ku niebu.

A Mojżesz żył daleko na pustyni i czekał na to, aż go Pan zawoła.

W TYM czasie Abd-ru-shin przejeżdżał przez swoje miasto, przy Jego boku jechała Nahome.

październik 6, 2009 - autor: Jezus Chrystus

W TYM czasie Abd-ru-shin przejeżdżał przez swoje miasto, przy Jego boku jechała Nahome. Wraz ze swoją świtą powrócił wcześniej do domu. Na jednym ze wzgórz stał biały pałac z płaskim dachem, siedziba Księcia. Gdy Nahome ujrzała pałac, głośno się roześmiała.

»Cieszysz się, że znowu spotkasz się z matką, Nahome?«

»Owszem, to także, ale przede wszystkim jestem spokojniejsza, ponieważ faraon jest już od nas daleko.«

»Faraon nie chce niczego złego, dziecko.«

Nahome utkwiła wzrok przed siebie. »Ale ja wiem, że jest zły!«

»Nie odważyłby się walczyć przeciwko Mnie.«

Nahome nie odpowiedziała. Zadumana siedziała na koniu, a jej ręka podświadomie spoczęła na grzywie zwierzęcia.

Nahome nie miała dosyć sił, by odpędzić od siebie pochmurne wspomnienia. Była jeszcze dzieckiem i dotychczas nie pokonała w sobie przerażenia, które zagnieździło się w niej, gdy wojownicy faraona zabili jej ojca. Dlatego bardzo bała się faraona. Myśl o nim odpędzała od niej spokój. Napad był w jej dzieciństwie pierwszym głębokim przeżyciem – ciężko zranił dziecięcego ducha.

Później nadeszło następne przeżycie, Abd-ru-shin ją wyzwolił. Nahome nigdy nie zapomniała chwili, w której ujrzała Księcia. Podszedł do niej z promiennym wzrokiem i podniósł ją z nędznego łoża, na którym z przestrachem leżała zwinięta w kłębek.

Od tego czasu Nahome nie znała niczego poza miłością do Abd-ru-shina, do swego wyzwoliciela. Z głęboką wdzięcznością i dziecięcą pokorą starała się Księciu służyć. Abd-ru-shin owe wzruszające dziecięce starania przyjmował. Kochał Nahome i pozwalał, by przebywała w Jego towarzystwie, kiedy tylko tego pragnęła.

Na płaskim dachu pałacu zatrzepotały chusty. Nahome podniosła rękę i machała w tym kierunku odpowiadając na pozdrowienia.

Także Abd-ru-shin ucieszył się widząc swoich przyjaciół. Po obu stronach drogi stali ludzie witając Go oraz Jego współtowarzyszkę głośnymi okrzykami. Przejawiali w ten sposób radość z powrotu Księcia. Abd-ru-shin w milczeniu przyjmował ich entuzjazm. Tylko czasami Jego spojrzenie utonęło w tłumie, a on się uśmiechnął.

Korowód jeźdźców dotarł do bram pałacu. Te były otwarte na oścież i jakby oczekiwały na przyjazd Księcia. Jeźdźcy wjechali na wielki dziedziniec, gdzie wszyscy zsiedli z koni. Służba szybko podbiegła, aby przytrzymać im konie.

Z dziedzińca prowadziły w górę szerokie schody. Na najniższych stopniach stali przyjaciele Abd-ru-shina. Nahome śmiejąc się głośno podbiegła do matki.

Gdy wymieniono wzajemne pozdrowienia, Abd-ru-shin podążył po schodach na górę, do swoich komnat. Cała reszta pozostała na dole i patrzyła za Księciem, jak gdyby stąpa coraz wyżej i wyżej. Jego biała peleryna, którą podczas jazdy na koniu podkasał w górę, teraz otulała całą Jego postać i szeleściła cicho po marmurowych schodach. Kiedy Abd-ru-shin dotarł na górę, obejrzał się, przez chwilę popatrzył na podniesione twarze swoich przyjaciół, a potem szybko skręcił w prawo do swych komnat. Ludzie stojący na dole pozostali jeszcze chwilę w głębokim milczeniu. Na ich twarzach odzwierciedlały się szacunek i oddanie, które znaczyło to samo co czczenie. Porywająca Wola Księcia powodowała, że w swojej miłości do Niego wszyscy byli sobie równi.

NA DZIEDZINIEC pałacu wjechali posłowie pewnego Księcia.

październik 3, 2009 - autor: Jezus Chrystus

NA DZIEDZINIEC pałacu wjechali posłowie pewnego Księcia. Służba zaprowadziła ich przed faraona. Ten, kiedy tylko ich ujrzał, z zadowoleniem powstał. Poznał ich po charakterystycznym ubiorze. Posłowie głęboko się ukłonili, a kiedy faraon niecierpliwie w pozdrowieniu skinął ręką w ich stronę, rzekli:

»Dostojny faraonie! Nasz Pan i władca Abd-ru-shin z wielką świtą zbliża się do twojego dworu. Przesyła ci pozdrowienia.«

»Kiedy Abd-ru-shin przyjedzie?«

»Dotrze tutaj wkrótce po nas.«

Faraon skinął w stronę swojego osobistego niewolnika.

»Niech stu jeźdźców natychmiast wyrusza naprzeciw Abd-ru-shinowi i niech towarzyszą Jemu aż do mojego pałacu!«

Niewolnik biegiem opuścił komnatę. Posłów zaś na rozkaz faraona suto ugoszczono. Wkrótce potem w pałacu zapanował żywy ruch. Juri-cheo dawała rozkazy swojej służbie i na cześć Abd-ru-shina kazała się upiększyć. Tylko Mojżesz był spokojny, siedział na podłodze i obserwował biegających wokół niego niewolników. Kiedy już miał dosyć obserwowania, wstał i odszedł w stronę zagajnika, który przylegał do tylnej części pałacu. W otaczającej go ciszy ponownie zaczęły go nachodzić wesołe myśli i zapomniał o ironicznym nastroju, który zawsze go opanowywał, kiedy obserwował przesadną gościnność faraona. Lekko, swobodnie przemierzał gaj zwracając swoją uwagę na rzadko w tym klimacie występujące odmiany roślin i od czasu do czasu kosztując owoców, które wszędzie wisiały na wyciągnięcie ręki.

W końcu zadowolony cicho sobie nucąc powrócił do pałacu, gdzie już go szukano. Jego niewolnicy czekali na niego z ozdobną szatą i klejnotami, aby przyozdobić go na cześć gościa. Mojżesz obojętnie poddał się temu, zezwolił by rozebrano go i ponownie ubrano. Podziw, który wzbudził swoim wyglądem był jemu całkowicie obojętny. Skinął sługom, by odeszli i spokojnie poszedł do salonu, gdzie przebywał faraon wraz z swoim gościem. Gdy wszedł, przestali rozmawiać. Kiedy faraon zauważył badawcze spojrzenie swojego gościa, uśmiechnął się.

Juri-cheo siedziała między obu mężczyznami. Gdy Mojżesz wszedł także się uśmiechnęła, podniosła w pozdrowieniu swoją dłoń i zwróciła się w stronę swojego gościa:

»Abd-ru-shinie, oto Mojżesz, o którym właśnie Ci opowiadałam.«

Abd-ru-shin uważnie spojrzał na młodzieńca, który do Niego podszedł. Mojżesz trzykrotnie głęboko ukłonił się przed Nim. Abd-ru-shin dotknął dłonią swojego czoła i odpowiedział także ukłonem. Spojrzenie Jego wielkich ciemnych oczu spotkało się ze spojrzeniem Mojżesza, w tym samym momencie przykuł do siebie uwagę Mojżesza. Ten w milczeniu usiadł naprzeciw gościa. Niewolnicy z wysiłkiem wnosili do salonu jedzenie na wielkich złotych misach, przynosili dzbany z winem, napełniali puchary i proponowali przekąski.

Mojżesz w duchu westchnął – znał prawie całodniowe uczty faraona. Skrycie zahaczył swoim wzrokiem o Abd-ru-shina, lecz speszony natychmiast skłonił głowę. Abd-ru-shin obserwował go. Mojżesza powoli ogarniało wzruszenie, jakiego nigdy przedtem nie zaznał. Domyślał się, że czuje duchową więź z owym obcym Księciem. Był przez Niego coraz bardziej przyciągany. Wydawało jemu się, że z Abd-ru-shina spływa na niego siła, jakiej jeszcze nigdy przedtem nie odczuł. Jak to możliwe, że na faraona owa siła nie działa? Pytająco spojrzał na gościa, Ten zaś uśmiechnął się do niego. Mojżesz był coraz bardziej speszony. »A może to czarownik?« błysnęła w jego głowie myśl.

Czekał, by Abd-ru-shin zwrócił się do niego. Czuł się jak człowiek, który tęskni za dobrym słowem. Abd-ru-shin jednak nie przemówił do niego i nie przerwał ogólnej zabawy.

»Dlaczego tutaj właściwie siedzę?« pomyślał Mojżesz »Czyż nie jestem błaznem faraona i jego mówcą? Wszyscy obcy bawią się tym, co i jak mówię, starają się mnie sprytnymi uwagami zagnać w kozi róg i tylko Ten oto Książę wcale nie zwraca na mnie uwagi. To niedobrze! Obserwuje mnie wprawdzie, lecz nie rozmawia ze mną. Dla Niego nie jestem zabawny, nie potrafię Go rozweselić i nie czuje On do mnie sympatii!«

Mojżesz milczał coraz częściej i faraon niecierpliwie zaczynał na niego spoglądać. W jego wzroku pojawiła się niechęć i niezadowolenie. Juri-cheo z troską spoglądała na Mojżesza. Wydawało się, że tylko Abd-ru-shin niczego nie zauważa. Nikt nie umiał czytać w jego młodej twarzy. Jego rysy były tak bardzo jasne i harmonijne, że każdy mógł od razu pomyśleć, że wie, co wyrażają. A jednak wyrażały coś, co zmuszało ludzi do zastanowienia, kiedy tylko spróbowali w to się wgłębić.

Abd-ru-shin był bardzo młody, pomimo tego panował jednak w jednym z największych narodów afrykańskich. Jego pochodzenie owiane było tajemnicą. Nikt na ten temat nigdy głośno nie rozmawiał. Ów naród przyjął Go za swojego władcę, kochał Go i czcił jak Boga. Abd-ru-shin panował nad siłami nadprzyrodzonymi. To one wyniosły Go na tron i dały Jemu ogromną moc.

Faraon bał się Go i dlatego starał się pozyskać sobie Jego przyjaźń. Chociaż sam posiadał bogactwo i moc, spoglądał na Abd-ru-shina zawistnym wzrokiem, a zawiść ta była też jedyną sprawą, która jeszcze go męczyła. Z pewnością, on sam jest mocnym, panuje nad życiem wielu ludzi, którzy dla niego pracują, posiada olbrzymie bogactwo, lecz z jakich środków musiał korzystać, by to wszystko osiągnąć? Czy pracowałby dla niego choćby jeden Izraelita, gdyby nad jego plecami nie trzaskał bicz? Czy słuchałby go sługa, gdyby nie był niewolnikiem, którego może kazać zabić, kiedykolwiek przyjdzie jemu na to ochota? Takie i podobne pytania wściekle stawiał sobie faraon bardzo często.

A Abd-ru-shin? Jak On panuje? Czy posiada jakiś izraelski lud, który każe biczować? Nie! Ma niewolników? Nie! Wszyscy Jego słudzy są wolni i wolny jest także cały naród. Pomimo tego wszyscy żyją tylko dla swojego Księcia, pilnie wytwarzając Jego bogactwo i kochają Go! W czym tkwi moc Tego człowieka, o którego pochodzeniu dokładnie nikt niczego nie wie? Dlaczego z łatwością udaje Jemu się to, co on, faraon, osiąga kosztem wielu nieprzespanych nocy i przy pomocy podstępu? Czy spokojna, pełna pokoju twarz i ciemne, gorąco spoglądające oczy, to Jego broń, którą podbija narody?

W sercu faraona zaczęła budzić się ciemna nienawiść. Jego niezmierna próżność nie potrafiła znieść obok siebie nikogo potężniejszego, nikogo mocniejszego. Nikomu jednakże nie wolno było o tym się dowiedzieć. Strach przed Abd-ru-shinem nie pozwalał faraonowi ujawniać swych zamiarów i dlatego nosił maskę, która miała Go zwieść. Słowa mówiące o przyjaźni, uznaniu i miłości miały Abd-ru-shina przekonać o jego szczerości. Czy udało jemu się Go okłamać? Nic nie świadczyło o tym, że Abd-ru-shin przejrzał jego zamiary. Wydawało się, że jest prostoduszny i łatwowierny.

Także Juri-cheo nie miała pojęcia o zamiarach swego ojca. Kochała Abd-ru-shina, podziwiała Go i nie ukrywała tego przed nikim. Był dla niej nieosiągalnym ideałem. Wiedziała, że każdy, kto żyje blisko Niego, musi Go pokochać, że Jego urokowi osobistemu nikt się nie oprze. Widziała tę zmianę w wypadku Mojżesza, którego tak bardzo zmieniło pierwsze spotkanie z Abd-ru-shinem. Obecność Tego człowieka wpłynęła na niego tak, jak na całą resztę.

Godna podziwu była także zmiana, którą zaczął po dłuższym pobycie w towarzystwie Abd-ru-shina przejawiać sam faraon. W jego oczach pojawił się blask szczerości i z twarzy zupełnie zniknął podstępny wyraz, który, jak się wydawało, ukrywał się pod przymkniętymi powiekami. Dolna warga, nieustannie wysunięta do przodu, cofnęła się i z twarzy zniknął wyraz brutalnej surowości. Faraon zapomniał o zawiści, która opanowała go zawsze, gdy pomyślał o potędze Abd-ru-shina. Przestał nieustannie chwalić samego siebie, a jego mowa stała się prosta.

Przyjęcie trwało wiele godzin i od czasu do czasu w przerwach tancerki, kuglarze oraz grajkowie rozweselali towarzystwo zmieniając jego nastrój.

Mojżesz siedział na swoim miejscu nie uczestnicząc w niczym, tylko czasami zabłądził swym wzrokiem w okolice obcego Księcia. Przypomniał jemu się lud izraelski i ogarnął go smutek. Ból przeszył go tak mocno i tak silnie przeniknęła rozpacz, że z trudem się opanował.

»Biedny narodzie«, zastanawiał się »cóż umożliwia ci znosić owe nieznośne udręki? Czyżbyś miał nadzieję, że nadejdzie jakiś wybawca? Nie znam cię, nie znam źródła twej siły i nie wierzę w nadejście pomocy tak, jak wierzysz w nią ty. Nigdy nie będziesz mógł wyzwolić się ze szponów faraona.«

Mojżesz zanurzył się w głębokich rozważaniach i zapomniał o swoim otoczeniu. Z zamyślenia wyrwał go miękki, gorący głos, który zabrzmiał tuż obok niego.

»Cóż cię tak martwi, przyjacielu?«

Abd-ru-shin przysiadł się do niego. Głośna muzyka prawie że zagłuszała Jego słowa, tak więc słyszał je tylko Mojżesz. Jego spojrzenie spoczęło na Abd-ru-shinie w taki sposób, z którego od razu można było wywnioskować, że rzeczywiście coś go dręczy.

»Abd-ru-shinie! Ufam Ci, ponieważ wiem, że jesteś dobry. Czy mogę powiedzieć Tobie, co mnie trapi?«

»Wysłucham cię jutro. Pojadę z tobą poza miasto.«

Mojżesz z ulgą westchnął. Jego serce wypełniła niezmierna radość. Pochmurne myśli zniknęły. Nagle wszystko wydało jemu się tak lekkie, jak gdyby swoje brzemię włożył na barki kogoś innego.

W jego wnętrzu stał się cud. Po raz pierwszy przeżył w sobie szlachetne uczucie entuzjazmu. Miłość zapłonęła w nim jasnymi płomieniami, rozżarzyła go, oczyściła i spaliła wszelki zbędny osad na jego duchu. Mojżesz poczuł się całkiem młody, młody i silny! Oczy błyszczały jemu chęcią do walki. Ten stan utrzymał się aż do następnego dnia. Kiedy jechał na koniu obok Abd-ru-shina, jego ciało i duch pełne były siły. Abd-ru-shin z uśmiechem spoglądał na galopującego obok niego i świetnie trzymającego się w siodle młodzieńca. Mojżesz przechwycił jego spojrzenie i lekko się zaczerwienił.

»Abd-ru-shinie,« powiedział, »dzisiaj widzisz mnie zupełnie odmienionego. Już nie jestem marzycielem i chorym z tęsknoty do swojego domu człowiekiem, który wczoraj prosił Cię o pomoc. Od momentu, w którym zwierzyłem Ci się z moich trosk, troski te odeszły ode mnie. Nigdy jeszcze nie czułem się tak wesołym, tak młodym i silnym jak dziś!«

»Co cię trapiło, Mojżeszu?«

Młodzieniec pochylił głowę.

»Panie, tęskniłem do miłości, do formy wypełnionej treścią! Szukałem sensu swojego życia i nie mogłem go odnaleźć.«

»Czy sądzisz, że teraz już wiesz, co jest tym sensem?«

Mojżesz wyprostował się.

»Tak!«

Abd-ru-shin nie odpowiedział, chociaż Mojżesz pytająco na niego spojrzał. Milczał.

»Abd-ru-shinie!« prosił Mojżesz.

Ten długo na niego w milczeniu spoglądał. Konie stały cicho obok siebie…

»Przed tobą wielkie zadanie. Czy twoja wola jest niezłomna?«

»Panie, Ty wiesz?« wykrztusił Mojżesz.

»Tak, wiem o twoim życzeniu. Pragniesz wskazać drogę swojemu ludowi.«

Znowu zapanowało długie milczenie.

»Skąd chcesz czerpać siłę, aby spełnić tak wielkie zadanie?«

Pytanie Abd-ru-shina brzmiało w niszach młodzieńca jak bicie potężnych dzwonów.

»Skąd?«

»Skąd!«

Mojżesz pogrążył się w sobie.

»Izrael wierzy w niewidzialnego, mocnego Boga.« powiedział w końcu.

»A ty nie znasz Boga swojego ludu?«

»Nie znam Go i nie znam nawet swojego ludu. Widzę tylko jego hańbę, którą znosi i bezcelowość jego modlitw!«

Abd-ru-shin znów uśmiechnął się tajemniczo tak, jak gdyby o wszystkim wiedział.

»A gdybyś go uratował, czy wtedy jego modlitwy nie zostałyby wysłuchane?«

Mojżesz spojrzał na niego ze zdziwieniem.

»Tak, ale ja w ich Boga nie wierzę. Nie wierzę nawet w bogów egipskich. W ich pobliżu nie widzę i nie odczuwam żadnej siły, nie promienieje z nich miłość. Mogę wierzyć tylko wtedy, gdy mam dowody!«

»Skąd masz otrzymać siłę, która ci będzie potrzebna, aby spełnić zadanie?«

»Skąd?«

Nagle krzyknął z radością.

»Skąd? Od ciebie!«

Bez tchu spojrzał na Abd-ru-shina dumny z wyjścia z sytuacji, które tak nagle pojawiło się przed nim.

»Tak,« rzekł chwilę później, »Ty masz siłę w sobie! Czyż owa siła nie wypełnia mnie od chwili, gdy Cię poznałem? Czyż nie wskazała mi mojego celu, nie wzmocniła mnie i nie otworzyła moich oczu?« Mojżesz drżał z emocji.

Abd-ru-shin spojrzał na niego, a potem zapytał:

»A skąd Ja mam ową siłę?«

»Ty? – Nie była w Tobie, zawsze?«

»Jest we Mnie, ponieważ na Mnie nieustannie spływa. Daję ją dalej – tobie, wszystkim ludziom. Nie mogę jednak uczynić niczego, kiedy widzę, że ludzie korzystają z niej zmierzając do niskich celów.«

Mojżesz spoglądał na Abd-ru-shina wzruszony i poruszony do głębi. W jego oczach pojawiła się wiara dziecka, a usta jego sformowały kilka słów: »Wierzę w Twojego Boga!«

Abd-ru-shin wyciągnął rękę i dotknął czoła młodzieńca. Lekko przejechał po czole palcem i naznaczył go krzyżem. Mojżesz nawet nie drgnął. Konie przycisnęły się mocno do siebie i wytworzyły most między obu mężczyznami.

Jeszcze często czuł Mojżesz na czole palec Abd-ru-shina…

»Pamiętaj o tej chwili, kiedy będziesz walczył, ufaj Bogu swych ojców, albowiem jest On także Moim Bogiem!«

Mojżesz skinął głową. Nie potrafił wykrztusić jedynego słowa.

Obaj jeźdźcy milcząc jechali z powrotem. Zachodzące słońce rzucało na pustynny piasek szkarłatne promienie zamieniając go w czerwone, lśniące morze – potem wszystko zgasło tak szybko, jak się pojawiło. Zaskakująco szybko nadeszła noc.

Następnego dnia Abd-ru-shin odjechał z dworu faraona. Pałac pozostawił po sobie pusty i zimny. Ze wszystkich kątów ziało pustką. Mojżesz całymi godzinami niespokojnie błądził po komnatach i zaułkach pałacu. Myślał sobie, że bez Abd-ru-shina nie potrafi wytrzymać. Nagle przypomniał sobie głęboko przeżytą z Księciem chwilę i Jego Słowa. Znów poczuł ciepło Jego obecności i uświadomił sobie, że już nigdy nie będzie sam, ponieważ Jego Bóg jest wszechobecny. Przez to uzyskał mocną wiarę, odnalazł łączność z Bogiem. Owe łączące włókna przytrzymywały go na górze i doprowadzały do niego siłę zawsze wtedy, kiedy o nią prosił.

Juri-cheo wyraźnie widziała Miłość, która Mojżesza tak zmieniła. Była szczęśliwa widząc, że jej wychowanek darzy Abd-ru-shina głębokim szacunkiem. Lecz nie rozmawiała o tym z młodzieńcem, ponieważ nie chciała urazić jego najświętszych uczuć. A Mojżesz był jej bardzo wdzięczny za to taktowne postępowanie. Juri-cheo była dla niego matką i równocześnie przyjacielem. Był z nią związany i tylko z powodu niej pozostawał jeszcze w pałacu. Gdyby nie ona, już dawno odszedłby do swojego ludu.

W tym okresie nieustannie szukał Izraela. Całymi dniami czuł, jak przyciągają go jego wąskie, brudne uliczki. Szukał ludzi, których cierpienie zmusiło do tego, aby dojrzeli. Odnajdywał ich, lecz na zewnątrz byli zbyt otępiali, nie potrafili wsłuchiwać się w jego słowa, które gorąco i z przekonaniem płynęły z jego ust.

Pewnego dnia odnalazł w nędznej chacie swych krewnych. Szczupła, prawie że chuda kobieta z siwymi włosami, to była jego matka. Czarnowłosa kobieta z wielkimi głodnymi oczami – jego siostra Mirjam. Ojca nie znalazł, tylko wysoki, kościsty mężczyzna, który patrzył na świat tak samo tępo jak ludzie cierpiący razem z nim. Był to jego brat i nazywał się Aron.

Mojżesz nieustannie spoglądał to na jednego, to na drugiego. A więc to są ludzie, do których należy?

»Nie!« krzyczał głos w jego wnętrzu. »Przecież prawie ich nie znasz. To obcy ludzie i nie masz z nimi nic wspólnego!«

Próbował uciszyć ten głos, zagłuszyć go, lecz na darmo. Mojżesz od tej chwili czuł się całkowicie od rodziny wewnętrznie oderwany. Był jeszcze za młody, aby przejść przez tę sytuację bez rozterek swego ducha. Nie trzeba się więc dziwić, że w jego wyobraźni pojawiła się postać Juri-cheo. Zatęsknił nagle do niej tak samo, jak do pałacu faraona i zaczął opowiadać krewnym o swych przeżyciach. Na początku słuchali z zainteresowaniem, lecz z biegiem czasu z ich twarzy wyraz zadowolenia zaczął znikać. Kąciki ich ust ściągnęły się z rozgoryczeniem, oczy zaś zamieniły się w wąskie szparki. Martwą drętwotę na twarzy Arona zastąpił grymas gwałtownego gniewu.

Mojżesz niczego nie zauważył. Opowiadał o swoim życiu, o Juri-cheo, chwalił jej troskliwość i opiekuńczość, i nawet faraona opisywał jako człowieka łaskawego!

Nagle Aron ogarnięty wściekłością uderzył pięścią w stół. Mojżesz poderwał się.

»Precz! Ty – ty…!« syczał Aron. »Przyszedłeś, aby nam opowiadać o swoim życiu panicza, abyś mógł paść się na naszej biedzie? Stał się z ciebie gładki, wielmożny pan! Egipcjanin!« Śmiał się ostrym, jęczącym głosem, głos przeskakiwał jemu ze wściekłości.

Mojżesz był blady, lecz stał nieruchomo i wsłuchiwał się w słowa brata. Został na miejscu, nie odszedł. Uświadomił sobie bezsensowność tego, jak przed chwilą postępował i zdecydował się, że nie odejdzie, zanim Arona nie uspokoi.

»Posłuchaj, Aronie!« powiedział, kiedy w końcu brat usiadł. »Nie zrozumieliście mnie. Przyszedłem, aby wam pomóc. Tak, chcę wam pomóc wyzwolić Izrael spod władzy faraona!«

Aron ironicznie wstrząsnął ramionami. »Idź lepiej do domu, chłopaczku, idź do swego pałacu, tutaj nie troszczymy się o chłopców tak jak tam! Idź!«

Mojżesz spojrzał na matkę i na siostrę. Ich twarze pałały niechęcią. Dlatego ze smutkiem spuścił wzrok i opuścił ich. –

Później Mojżesz już domu swojej rodziny nie odwiedził. Nadal jednak odwiedzał chaty swoich braci i sióstr. Chciał się z nimi zjednoczyć! Z biegiem czasu przestał zauważać brud, w którym żyli. Podczas rozmów z nimi uczył się utrzymywać swoje uczucia w wodzach i przeżywał ich cierpienia tak, jak gdyby to cierpiał on sam.

Juri-cheo coraz bardziej się martwiła, kiedy obserwowała narastającą przychylność, która gnała Mojżesza do jego ludu. Bała się, aby nie dowiedział się o tym ojciec. Ten już wcale nie brał pod uwagę tego, że Mojżesz jest Izraelitą i rozmawiał przed nim otwarcie o nowych obciążeniach, które mają zostać nałożone na barki ludu izraelskiego. Nie zauważał goryczy, która pojawiała się wtedy na twarzy młodzieńca. Juri-cheo drżała ze strachu. Sytuacja stawała się coraz bardziej poważna, zaś więzy między Juri-cheo, a Mojżeszem coraz słabsze. Jeden gwałtowniejszy ruch mógł je zerwać.

Mojżesz odczuwał owo napięcie i nie chciał nadal go utrzymywać. Jego myśli z tęsknotą powracały do Abd-ru-shina. Każdego dnia miał nadzieję, że Książę powróci. Zapuszczał się głęboko na równiny, za którymi leżało królestwo Abd-ru-shina. Wodził oczyma po linii horyzontu, jak gdyby oczekiwał na pojawienie się grupy jeźdźców, których poprowadzi Abd-ru-shin. Owo życzenie z czasem stało się tak gorące, że myślał o nim całymi dniami.

Przestał chodzić między Izraelitów, ponieważ jego wysiłek zmierzający ku nawiązaniu z nimi przyjaźni nie przyniósł żadnych owoców. Ciągle niedowierzali jemu tak samo, jak na początku. Byli nieufni, nieustannie czuli się zagrożeni i jego słów słuchali z podejrzliwością.

Mojżesza ich zachowanie zaczęło męczyć i dlatego przestał ich odwiedzać. Nie osiągnął jeszcze dojrzałości, której żądało olbrzymie zadanie, które miał wykonać. W myślach nieustannie był z Abd-ru-shinem i nieustannie przypominał sobie jego uwagi dotyczące tego, aby stał się w swoim wnętrzu mocniejszym.

I wtedy, gdy opuściła go już nadzieja i przestał myśleć o spotkaniu, Abd-ru-shin nagle po długich miesiącach się pojawił. Nieoczekiwanie wjechał z wieloma jeźdźcami na dziedziniec pałacu.

Mojżesza ogarnęło niezmierne wzruszenie. Pobiegł na dziedziniec, ponieważ chciał być pierwszym, który Księcia przywita.

Jeźdźcy właśnie szykowali się, aby wejść do pałacu, gdy wtem napotkali Mojżesza. Ruszył naprzeciw Abd-ru-shinowi, głęboko ukłonił się przed nim, potem padł na kolana i ucałował brzeg Jego szaty.

Abd-ru-shin się wzdragał. Przesadny sposób przywitania wyraźnie Jemu nie odpowiadał. Kiedy jednak spojrzał w dziecięce, czyste oczy młodego mężczyzny, dobrotliwie się uśmiechnął. Mojżesz prowadził gościa do faraona i z radości nie potrafił wykrztusić z siebie żadnego słowa. Przed wielką zasłoną, która oddzielała pomieszczenia faraona od reszty, zatrzymał się jednak.

»Nie mogę teraz iść dalej, Abd-ru-shinie, nie znoszę jego obecności.«

Mówiąc to odsunął zasłonę, poczekał, aż Abd-ru-shin wejdzie i odwrócił się. Zamyślony powoli odszedł do swoich komnat. Długo patrzył przed siebie pustym wzrokiem. Całkiem zagłębił się w swych własnych myślach. Tylko gdzieś głęboko w jego oczach, jak się wydawało, tliła się iskierka. Entuzjazm, który ogarnął jego wnętrze, ukrywał przed obcym wzrokiem. Czuł potężną siłę, która przed chwilą opanowała go w obecności Abd-ru-shina. Obserwował w sobie tętno nowego życia. Radosna wdzięczność zmuszała go do pokornego skłonienia się przed owym Wielkim.

Mojżesz czekał.

Z tęsknotą nadsłuchiwał czy nie usłyszy kroków niewolnika przynoszącego wskazówki od faraona. Kiedy wreszcie niewolnik nadszedł i przekazał jemu życzenie faraona, zgodnie z którym miał uczestniczyć we wspólnej uczcie, wyskoczył jak gdyby wyzwolony.

Pojawił się w nim spokój pełen nadziei na to, że usłyszy słowa Księcia. Kiedy wchodził do głównej sali usłyszał, jeszcze zanim Książę Go ujrzał, ostatnie słowa Abd-ru-shina:

»Niedaleko egipskich granic kazałem zorganizować obozowisko, całe namiotowe miasto. Pragnąłbym być obecnie twoim częstym gościem, wzniosły faraonie.«

Mojżesza w duchu zajaśniał i rozpromieniła całą jego twarz. Wtem ujrzał go faraon. Skinieniem ręki go wezwał i wskazał jemu miejsce dosyć odległe od Abd-ru-shina, ponieważ niektóre miejsca zostały zarezerwowane dla części jego świty, która miała w uczcie uczestniczyć.

Mojżesz wszakże faraona nie usłuchał i siadł blisko gościa. Faraon chciał go skarcić, lecz ze względu na gościa tego nie uczynił. Spojrzał tylko wściekle na Mojżesza, lecz ten udawał, że nie wie, o co chodzi. Siedział spokojnie na miejscu, które było przeznaczone nie dla niego. Chwilę później weszli przyjaciele i część służby Abd-ru-shina. Po wymianie głośnych pozdrowień wszyscy usiedli.

Mojżesz obserwował ludzi, którym wolno było nieustannie przebywać w najbliższym otoczeniu Abd-ru-shina. Spoglądał na ich dzikie, odważne twarze, które rzeźbione były twardymi, jakby toporem ciosanymi rysami. Także ich mowa brzmiała twardo, krótko mówiąc – byli to synowie dziczy, którzy wyrastali w anarchii, dopóki nie nadszedł ten Książę i nie okiełznał ich swoją mocą. Teraz bez sprzeciwu poddawali się Woli wyższej. Wzrokiem wisieli na ustach swojego władcy, a Jego Słowa przenikały przez nich całkowicie ich wypełniając, byli Jemu wierni i bezwarunkowo wypełniali każdy Jego rozkaz. Mojżesz lubił ich, kochał w nich ich Pana. Wyobraził sobie, co spotkałoby każdego, kto odważyłby się zagrozić życiu Abd-ru-shina i po plecach przeszły jemu ciarki.

Wiedział, że Abd-ru-shin ma dużo wrogów. W domu faraona był świadkiem wielu rozmów. Obserwował wrogie nastawienie różnych gości faraona wobec owego mocnego Księcia. Widział, jak ich usta sycząc wykrzywiają się w nienawistnym grymasie. Znał ich skryte, podstępne spojrzenia, obserwował ich ręce z palcami zakrzywionymi niczym szpony i w niejasny sposób wyczuwał także nienawiść faraona.

Pomimo tego nikt z nich nie odważył się otwarcie przejawić swej wrogości wobec Abd-ru-shina. Na to byli zbyt tchórzliwi. Wie o tym? Czy zna swych wrogów w przyjaznych maskach? A może posiada szczególną ochronę niebios, która pozwala jemu tak spokojnie wchodzić do domów swych nieprzyjaciół i spać u nich, jakby był u siebie w domu? Faraon i jego czarownicy podejrzewają jakąś tajemnicę. Czy mają rację?

Gdy Mojżesz spoglądał na towarzyszy Abd-ru-shina, przez jego głowę przetaczało się wiele różnych myśli.

Czyż służenie Jemu nie jest najwyższym szczęściem? Czyż najwyższym szczęściem nie jest podporządkowanie się Woli, która chce tylko tego, co właściwe? Wszyscy mężowie, którzy siedzą tutaj koło swojego Księcia są spokojni. Nie ma w ich krwi niepokoju, który popędza Mojżesza, aby szukał Prawdy.

Po kilku godzinach Abd-ru-shin wraz ze swoją świtą odjechał. Mojżesz towarzyszył Jemu konno, aż w pobliże Jego namiotów. Jechali nocą i słychać było tylko krótkie, urywane słowa. W końcu Mojżesz poprosił Abd-ru-shina o zatrzymanie, by mógł zawrócić swego konia w drogę powrotną. Abd-ru-shin jednak milcząco jechał dalej, Mojżesz więc podążał za Nim.

Dopiero kiedy na horyzoncie pojawiła się łuna obozowych ognisk i pojawiły się pierwsze namioty, Abd-ru-shin spojrzał na Mojżesza.

»Czy chcesz zostać na kilka dni Moim gościem?«

Odpowiedzią Mojżesza było jego lśniące spojrzenie, lecz później jakby się zawahał i wydawało się, że o czymś myśli.

»Abd-ru-shinie, teraz powrócę i przyjadę do Ciebie jutro.«

Książę lekko skinął głową, dotknął na pożegnanie dłonią swojego czoła i wydał świcie krótki rozkaz. Jeźdźcy natychmiast pognali konie i te gwałtownie ruszyły z miejsca unosząc za sobą chmurę piasku. Mojżesz w bezruchu spoglądał na jeźdźców, dopóki ci nie dojechali do namiotów widniejących na horyzoncie jak cienie, i nie zniknęli z zasięgu jego wzroku. Potem zawrócił konia i w cichą tropikalną noc szybko pogalopował z powrotem. Cisza, która go otaczała, spotęgowana rytmicznymi uderzeniami końskich kopyt, zaczęła wkrótce wpływać na jego zmysły. Poganiał konia coraz bardziej, a jego biała peleryna unosiła się i powiewała za nim. Kiedy tak pędził cichą nocą, wyglądał jak istota nie z tej ziemi.

W końcu, już dawno po wschodzie słońca, dojechał do pałacu. Wyczerpany zsunął się z siodła. Z wysiłkiem dowlókł się do swych komnat, padł na łoże i zasnął głębokim snem.

Wyobrażenie tego, co spowoduje swoją decyzją, Mojżesza przedtem bardzo męczyło i zaczęło być dla niego nieznośne. Teraz leżał wyczerpany jak martwy i napięcie z niego opadło.

Do komnaty cicho weszła Juri-cheo, podeszła do niego i długo go obserwowała. Na jej twarzy odbijało się cierpienie. Nie będąc tego nawet świadoma szeptała:

»Mojżeszu, dziecko moje, już cię straciłam. Jutro lub wkrótce na zawsze odejdziesz ode mnie. Podążysz swoją drogą i nawet myślą nie zawadzisz o cierpiącą kobietę, która kochała cię bardziej niż swego ojca i swój kraj. Między nas kładzie się gęsty, mocny, szary całun i rozdziela nas na wieki. Ach, Mojżeszu, sama tkałam włókna, które teraz krępują mnie mocniej niż najmocniejsze sieci. Jesteś wolny, jesteś sam i masz pomoc oraz siłę wielkiego Boga. Oby ochraniała cię nadal i dopomogła ci zwyciężyć!«

Schyliła się nad śpiącym Mojżeszem, położyła na jego piersi płaskie złote pudełko, dotknęła wargami jego włosów, a potem gwałtownie się wyprostowała. W jej oczach pojawiły się ciężkie łzy i powoli ściekały po jej nieruchomej twarzy. Bez słowa opuściła komnatę…

Mojżesz poruszył się, jego wargi lekko się uśmiechnęły, obudził się. Od razu wstał, pudełko ześliznęło się z jego piersi i wpadło między wyprawione zwierzęce skóry łoża. Nie zauważył tego, nie zwrócił na nie uwagi.

Twarz płonęła jemu z podekscytowania.

»Teraz! Sytuacja już dojrzała do tego,« zaszeptał. Otworzył kasety z klejnotami i skrzynie, w których leżały drogie i wspaniałe szaty. Wyjął je, spojrzał na wszystko jeszcze raz – albowiem kochał piękno – i ułożył z powrotem. Ściągnął z palców pierścienie, zrzucił z szyi złoty łańcuch, włożył do skrzynki na klejnoty, starannie ją zamknął i położył na swoje miejsce.

Wreszcie wszystko było przygotowane. Narzucił wokół ramion ciemną pelerynę i nie oglądając się opuścił komnatę. Odruchowo skręcił w stronę ogrodów Juri-cheo. Wiedział, że w tym czasie przebywa w nich wraz ze służbą.

Juri-cheo usłyszała jego dudniące po marmurowej posadzce kroki. Na twarzy pojawił się lęk. Zacisnęła palce w pięść, znów je rozwarła i w bezsilnej rozterce złożyła ręce dłońmi ku sobie. Kroki Mojżesza słychać było coraz bliżej. Kiedy skręcił koło sali kolumnowej, spojrzała na niego. Zobaczyła ciemną pelerynę i od razu wiedziała, co się stało. Jeżeli Mojżesz, który lubił wszystko, co było jasne i kolorowe, włożył na siebie tę pelerynę, znaczyło to, że rozstaje się ze wszystkim.

»Mojżeszu?« zapytała cicho, gdy stanął przed nią.

»Juri-cheo, chcę teraz odejść – ty wiesz dlaczego.«

Skinęła głową. Serce biło jej ciężko i powoli.

»Najpierw pójdę do Abd-ru-shina, będę Jego gościem, a potem…«

»A potem?«

»Pragnę żyć dla swojego ludu.«

Juri-cheo znów skinęła głową. Mojżesz chciał jeszcze coś powiedzieć, może kilka słów podzięki, lecz nie mógł. Stał przed nią i ciężko oddychał. Juri-cheo zaś nie potrafiła jemu rozstania ułatwić. Czuła tylko, że ciągle jeszcze ma nadzieję, i że się wbrew wszystkiemu owej nadziei przytrzymuje.

Nagle Mojżesz odwrócił się i szybko odszedł. Opuścił ją. Juri-cheo stała cicho i nawet się nie poruszyła. Patrzyła za nim. Wreszcie, kiedy już był daleko, powoli poszła w stronę jego komnat. Niczym we śnie podeszła do łoża, na którym jeszcze przed chwilą spał. Usiadła na nie i pieszczotliwie zaczęła gładzić poduszki i skóry.

Nagle! Jej ręka natrafiła na pudełko, trzymała je w dłoni, talizman, jej ostatni dar dla Mojżesza. Popatrzyła na niego, a potem podeszła do skrzyni na klejnoty. Zamknięta. Zawiesiła sobie talizman na łańcuszku wokół szyi i ukryła go pod szatą.

»Niczego ze sobą nie zabrał,« pomyślała sobie. »Odszedł tak samo ubogi, jak przyszedł i nawet nie zabrał ze sobą w świat niczego, co by jemu mogło mnie przypominać.« W swej samotności Juri-cheo z nikim nie podzieliła się swoim bólem. Pozornie nic się nie zmieniło. –

Mojżesz tymczasem jechał do Abd-ru-shina. Wokół niego, gdzie okiem sięgnąć, rozciągała się pustynia. Piasek, piasek i tylko piasek. Nad zachodnim horyzontem wisiało słońce i rzucało ostatnie promienie na bezludną okolicę. Mojżesz nie widział tego wszystkiego. Nurtowała go tylko jedna myśl: »Mój zamiar się ziścił!« Nieustannie musiał sobie uświadamiać, że teraz znajduje się naprawdę na początku swojej prawdziwej drogi. Kroku wstecz uczynić nie mógł.

W dali Mojżesz zauważył zbliżających się do niego jeźdźców. Kiedy Mojżesz poznał znajome twarze ze świty Abd-ru-shina, radośnie krzyknął.

Wzięli go pomiędzy siebie i ruszyli z zawrotną szybkością w kierunku taboru Abd-ru-shina. Mojżesz odetchnął z ulgą, kiedy ujrzał namioty. Poczuł jak gdyby powiew rodzinnego domostwa. Było tu coś jemu już znanego, przyjaciele!

Biały ogier Abd-ru-shina niecierpliwie dreptał w miejscu. Na wierzchołku małej wydmy stał samotny jeździec i spoglądał na zbliżającą się grupkę jeźdźców.

Jego burnus powiewał na wietrze. Mężczyzna i koń jaśniejący na ciemnym nocnym niebie tworzyli jedną całość. Mojżesz spojrzał na niebo, na lśniące gwiazdy oraz na samotnego jeźdźca na wzgórzu górującym nad okolicą. Ten obraz nim wstrząsnął. Wywołał w nim niejasne wspomnienie.

»Jest inny niż wszyscy ludzie,« pomyślał sobie Mojżesz. »Jest sam, nic Go z nami nie łączy. Czy także to odczuwa? Czy nie czuje się samotny?

Abd-ru-shin zjechał z wydmy i już wkrótce jeźdźcy stanęli naprzeciw siebie.

Abd-ru-shin badawczo spojrzał na Mojżesza.

»Jesteś wolny?«

»Tak!«

Abd-ru-shin dał znak i na czele grupy pogalopował w stronę obozu.

Przed jego namiotem stało kilku mężczyzn i czekało na jeźdźców. Usłyszeli, jak jeźdźcy zeskakują z siodeł i rozchodzą się w różnych kierunkach. Pomimo otaczającej ich ciemności Arabowie poznali swojego Księcia. Ich dobry słuch rozpoznał kroki Abd-ru-shina w całej reszcie dobiegających do nich dźwięków. Potem na ciemnym tle nocnego nieba pojawiło się kilka sylwetek. Mężczyźni rozstąpili się umożliwiając wejście do namiotu. W tym momencie zasłona u wejścia uchyliła się i z namiotu wyśliznęła się szczupła postać.

W mroku sprawiała wrażenie cicho unoszącego się cienia. Poznała mężczyznę podchodzącego do namiotu.

»Abd-ru-shinie!« zabrzmiało w ciszy nocy, niczym wołanie ptaszyny. Śpieszyła Księciu naprzeciw, ten zaś z uśmiechem ją przywitał.

Abd-ru-shin skinął na Mojżesza, który nieśmiało pozostał kilka kroków w tyle, by poszedł za nimi W namiocie było jasno, ze świeczników spływał ciepły blask płonących świec, można więc było zobaczyć wyposażenie jego wnętrza. Podłogę oraz ściany pokrywały cenne kobierce, miejsca do siedzenia pokryte były skórami. Pod ścianami namiotu stały złote, pełne owoców misy, zaś w ozdobionych szlachetnymi kamieniami skrzyniach leżały niezmiernej wartości skarby.

Mojżesz jednak nic z tego nie widział. Ponieważ swój wzrok utkwił w młodej dziewczynie, która spoglądała na Księcia tak, aby w Jego oczach zauważyć każde Jego życzenie. Abd-ru-shin położył na jej ramieniu swoją dłoń, uśmiechnął się i wskazał głową Mojżesza.

»Nie zauważyłaś, że Mój gość chętnie dowiedziałby się, kim jesteś?«

Speszony Mojżesz pośpiesznie poprawił sobie włosy.

Dziewczyna ze zdziwieniem spojrzała na niego.

»Kim jest Twój gość?«

»To Izraelita, który wychował się na dworze faraona.«

Dziewczyna złapała Abd-ru-shina za rękę i z przestrachem przytuliła się do Niego.

»On był u faraona?«

»Tak, ale go opuścił, Nahome.«

»Och!« roześmiała się i serce zabiło jej radośniej. »To dobrze!«

Abd-ru-shin zwrócił się do Mojżesza.

»Nahome przebywa pod Moją ochroną. Żołnierze faraona ograbili i porwali ją i jej matkę. Miałem możliwość ją wyzwolić. Jest Mi za to wdzięczna i nieustannie przebywa blisko Mnie.«

Mojżesz obserwował kruche dziecięce stworzenie i nie ukrywał swego zachwytu.

»Któż by Ciebie nie kochał, Książę?« powiedział, a w jego oczach błyszczała żarliwa wierność.

Abd-ru-shin z dezaprobatą podniósł rękę i wskazał by usiedli.

»Jesteś zmęczony i głodny Mojżeszu. Zjedzmy coś.«

Nahome zaklaskała. Pojawiła się służba, przyniosła wyszukane dania i postawiła je przed siedzącymi.

Mojżesza opanowało niewymowne poczucie bezpieczeństwa. Czuł się tak, jak gdyby po raz pierwszy w życiu znalazł się rzeczywiście w domu. W chatach swojego ludu ani owego spokoju, ani poufnej atmosfery nie znajdywał. Musiał się zmuszać, aby w nich wytrzymać choć trochę dłużej. Gdy spoglądał w ciemne oczy swych braci, z żalu pękało jemu serce. Owe oskarżające spojrzenia nieustannie pojawiały się przed oczyma jego ducha, żądały i nie opuszczały go ani na jawie, ani nawet podczas snu. Coraz mocniej w jego wnętrzu odzywał się głos nakazujący jemu im pomóc. Tak, żal jemu owych dzieci Izraela i kocha ich, ale czy także do nich należy? Czy zna ich cierpienia z własnych doświadczeń? Czy Egipcjanie także go zniewalali? Na dworze faraona przeżywał tylko dobre chwile i nigdy nie potrafi całkowicie zrozumieć swojego ludu, który głęboko przeżywa wielkie cierpienia.

Wydawało się, że Abd-ru-shin zna myśli swojego gościa.

»Wkrótce zaczniesz spełniać swoje zadanie – czyż nie popędza cię ono z niecierpliwością?«

Mojżesz spojrzał Księciu prosto w twarz.

»Teraz mnie już nic nie popędza. Mam wszystko, gdy mogę przebywać w Twojej obecności.«

»Czyżbyś był tak chwiejny i nietrwały?« Owe poważne Abd-ru-shina Słowa z wyrzutem trafiły w Mojżesza. Schylił głowę i milczał.

»Mojżeszu! Wierzysz jeszcze w Boga, w Mojego Boga, który jest także Bogiem twego ludu?«

»Tak, wierzę w Niego.«

»I pomimo tego nie czujesz, dlaczego żyjesz?«

»Abd-ru-shinie, żyję, bym wyzwolił Izrael, ale czy mi się to uda? Ty nie znasz tego ludu tak, jak znam go ja. Chodziłem do ich domostw i widziałem ich biedę, ich rozpacz, lecz przede wszystkim spotykałem się ze zwątpieniem i brakiem ufności. Jestem dla nich obcy, nigdy nie będą mi ufać. Jak więc mam zacząć? Co mam robić? Mam rozpętać powstanie przeciw Egiptowi? Wystarczy jedno uderzenie wojsk faraona, by rozbić Izrael w proch i pył!«

»I ty mówisz o swojej wierze? Nie, Mojżeszu, ty nie wierzysz! Jedynie wiara może cię oświecić, wskazać tobie drogę, po której musisz podążać!«

»Abd-ru-shinie! Powiedz mi, co mam czynić, a wtedy zwyciężę!«

Abd-ru-shin z poważną twarzą pokręcił głową.

»Czyż nie powiedziałem tego już dosyć wyraźnie? Nie rozumiesz Mnie? Odejdź więc na pustynię, sam, bez ochrony i pracuj nad swoim wnętrzem tak długo, aż usłyszysz głos Pana!«

Mojżesz podniósł głowę i spojrzał na Niego zrozpaczony. »Ty każesz mi odejść? Mam iść stąd? Nie lubisz mnie? Gardzisz mną?«

Abd-ru-shin znów pokręcił głową.

»Jestem surowy, bo cię lubię, Mojżeszu. A ponieważ chcę tobie pomóc, nie pozwalam, byś przebywał w pobliżu Mnie. Odejdź, szukaj samotności, walcz o życie i w spokoju dojrzewaj. Czekaj, aż przyjdzie do ciebie Pan, słuchaj Jego głosu i postępuj według Jego nakazów.«

»Panie!« Mojżesz zawołał i schylił głowę. »Uczynię, jak rzekłeś,« zaszeptał.

Abd-ru-shin z powagą przytaknął i wstał.

»Mojżeszu!« Jego głos zabrzmiał radośnie.

Mojżesz poderwał się i zobaczył promieniejące oblicze Księcia.

»Abd-ru-shinie!« wyrwało jemu się z ust. Światło padło także na niego rozjaśniając i rozpromieniając jego rysy.

»Zrozumiałem cię, Panie!« rzekły jego usta, a głos nawet jemu nie drgnął.

Następnego dnia Mojżesz opuścił Księcia. Szukał spokoju, aby przygotować się do swojego zadania.

Przed nim rozpościerała się w nieskończoność rozległa i bezludna pustynia. W tych odległych krańcach wspominał swoją młodość i chwile, gdy oderwał się od wszystkiego, do czego się przyzwyczaił. Stopniowo i bardzo powoli znikały ostatnie wspomnienia przepychu, który kiedyś go otaczał. Wysiłek, który musiał codziennie poświęcać wszystkiemu tylko po to, by nie umrzeć z głodu, na początku wydawał jemu się nieznośny. Aby jednak: nie zginąć, musiał wędrować dalej i znaleźć jakąś oazę. Niecichnący głos w jego wnętrzu zmuszał go, by ciągle podążał naprzód. Mojżesz wspominał urodzajną dolinę Nilu, gdzie natura hojnie wszystkich obdarzała i w skupieniu rozglądał się wokół siebie. Żółty blask oślepiał go, wszędzie dookoła tylko piasek i piasek, nigdzie nawet skrawka cienia.

Często, trzymając się już tylko resztek nadziei, bliski rozpaczy padał na kolana. Powrócić? Nie! Mojżesz się modlił.

Błagał Boga o pomoc jak jeszcze nigdy dotąd. Jego prośby zostały wysłuchane. Zobaczył na wpół zawiane ślady. Podążał po nich i w końcu dotarł całkowicie wyczerpany do wytęsknionej oazy. Źródło! Mojżesz pił, usta miał spierzchnięte. Pożywienie i woda, które wiózł ze sobą na grzbiecie wielbłąda, już dawno się skończyły. Gdyby nie otrzymał pomocy, zginąłby.

OD TEGO dnia Juri-cheo całkiem się zmieniła.

wrzesień 12, 2009 - autor: Jezus Chrystus

OD TEGO dnia Juri-cheo całkiem się zmieniła. Żyła dla dziecka, opiekowała się nim i troszczyła się o nie tak, jak gdyby Mojżesz był jej własnym synem. Faraon z uśmiechem zezwalał jej na to, ponieważ uważał to wszystko tylko za kaprys swojego pieszczoszka. Juri-cheo była sprytna i umiała ukryć przed ojcem swoją miłość do chłopca. Wiedziała, że faraon zazdrosny jest o wszystko, czemu poświęca się więcej uwagi, niż on sam uznaje za konieczne.

Dla postronnego obserwatora był Mojżesz dla córki faraona tylko zabawką, kiedy wszakże została z nim sama, otaczała go wszelką możliwą dobrocią, do jakiej była zdolna. Dlatego wyrastał w środowisku wypełnionym miłością. Każdy postępował z nim nienagannie, lecz traktowano go tak samo, jak któregoś z piesków Juri-cheo.

Mirjam na początku przychodziła często, później jednak coraz rzadziej. W końcu o swoim bracie zapomniała i nawet w domu o nim już nie mówiono. Kiedy Mojżesz był trochę starszy, przydzielono jemu na życzenie Juri-cheo najlepszych nauczycieli. Był bardzo spragniony wiedzy, a przy tym tak mądry, że Juri-cheo była z niego coraz bardziej dumna. Przy każdej nadarzającej się okazji Mojżesza wszyscy podziwiali i mówili o nim jako o cudownym dziecku. Faraona bawiły jego wesołe odpowiedzi i przedstawiał go gościom niczym jedną z zabawek, która go bawiła.

Juri-cheo owych przedstawień nienawidziła. Obawiała się, że pochwały, których Mojżeszowi nie szczędzono, wywołają w nim próżność.

Kiedy zaś rzeczywiście pojawiła się u niego pewnego rodzaju powierzchowność, starała się walczyć z nią surowością. To jednak mijało się z celem. Mojżesz pozostawał nadal beztroskim i kiedy pewnego razu starała się z nim poważnie porozmawiać, roześmiał się. W końcu się rozgniewała.

»Słuchaj, Mojżeszu,« rzekła gwałtownie, »nie chcę, abyś ufał wszystkim ludziom. Szkodzi ci to.«

»Czyż wszyscy ludzie nie są dla mnie dobrzy?«

»Są dobrzy tylko dlatego, że ja jestem dla ciebie dobra. Gdybym kiedyś odeszła, a ty zostałbyś sam, wygnaliby cię lub uczyniliby z ciebie najzwyklejszego niewolnika. Teraz więc ja jestem tutaj, by cię ochraniać. Później będziesz musiał bronić się sam i dlatego musisz być już teraz sprytnym i ostrożnym!«

Mojżesz wysłuchał ją, lecz nie rozumiał jej obaw. Dlatego Juri-cheo posadziła go obok siebie na podłogę. Siedzieli obydwoje na miękkich skórach, a Juri-cheo opowiadała chłopcu o tym, skąd pochodzi, o jego narodzie oraz o tym, jak kiedyś go uratowała.

Mojżesz z napięciem wsłuchiwał się w jej słowa. Zawisł oczyma na jej wargach i powoli zaczynał wszystko pojmować. Na do tej pory czystym czole chłopca pojawił się cień głębokiej powagi. Podziękował Juri-cheo delikatnie przytulając się do niej. Uspokoiła się i była szczęśliwa. Zgarnęła jego ciemną kędzierzawą czuprynę do tyłu i kazała jemu odejść. Obawiała się o Mojżesza bardziej, niż sama była zdolna przed sobą to przyznać i wymyślała plany, które mogłyby go uratować przed nagłymi zmianami humorów jej ojca. Wiedziała, że to, co dzisiaj od niej usłyszał, rozedrgało w nim strunę, która już nigdy drgać nie przestanie, strunę, która drgając brzmiała wiecznym rytmem i muzyką izraelskiej krwi. Teraz Mojżesz może stać się wrogiem jej narodu; kiedy będzie starszy, może nawet zacząć myśleć o jego zniszczeniu. Poznał wiele i swoim bystrym intelektem może ogarniać i kojarzyć dużo z tego, co się wokół niego dzieje. Juri-cheo poczuła nagle dreszcz, gdy wyobraziła sobie, jak Mojżesz sieje grozę i śmierć, a te stopniowo ogarniają jej naród. Zapomniała, że jest jeszcze chłopcem i widziała go przed sobą w groźnej postaci mściciela swojego narodu.

»Dlaczego, ja nieszczęsna, mówiłam jemu o tym? Czyżbym kochała go bardziej niż swój własny naród?«

Od tego czasu Juri-cheo już nigdy nie mówiła przed Mojżeszem o jego pochodzeniu i również Mojżesz nigdy jej o to nie pytał. Im jednak był starszy, tym wyraźniej mogła Egipcjanka obserwować także jego gniew, jego troskę o Izrael. Cierpiał wraz ze swoim ludem, który miał możliwość widywać bardzo rzadko, i gardził tchórzostwem oraz uległością, z jaką naród ów znosił życie w niewoli.

Mojżesz był hardym i władczym. Nie znał żadnego człowieka, któremu by się ślepo podporządkował. Siła jego woli niesamowicie wzrosła. Żył pod ochroną córki faraona i nikt nie miał odwagi jemu się sprzeciwiać. Wyrósł na wysokiego, szczupłego młodzieńca z błyszczącymi, bystrymi i wypełnionymi blaskiem ducha oczyma, które często w rozmarzeniu miękko patrzyły w dal, jak gdyby oczekiwały na cud. Wokół warg pojawiał się grymas, który znała i rozumiała tylko Juri-cheo. Często w ten sposób na zewnątrz przejawiała się tłumiona gorycz, najczęściej wtedy, kiedy pałac błyszczał w największym blasku.

Mojżesz snuł się po salach i komnatach, obserwował krzątanie niewolników i oglądał wspaniałe dary, które schowane były w skarbcach. Szczupłą dłonią dotykał tkanin przeszywanych złotem, rozgarniał wspaniałe brylanty i drogie kamienie, aż nagle jego palce zwarły się w pięść, a on w geście obrzydzenia cofnął rękę. Na jeszcze przed chwilą gładkim czole młodzieńca, pojawiła się między brwiami pionowa, głęboka zmarszczka. Ponuro spoglądał na klejnoty, na nagromadzone bogactwo, które leżało tutaj bezużyteczne, podczas gdy inny naród ginął w biedzie i nędzy. Mojżesz otrząsnął się, wybiegł ze skarbca i uciekał stamtąd, aż prawie bez tchu osunął się gdzieś na schodach któregoś z placów. Powoli uspokajał się, oddychał wolniej i w końcu powrócił do pałacu. Sam sobie czynił przy tym wyrzuty, ponieważ zawsze starał się w podobnych sytuacjach panować nad sobą, lecz jego gniew był za każdym razem od niego mocniejszy.

PEWNEGO dnia Juri-cheo odpoczywała na swym ulubionym miejscu, na łóżku pokrytym skórami zwierząt i słuchała śpiewu swoich służebnic.

wrzesień 3, 2009 - autor: Jezus Chrystus

PEWNEGO dnia Juri-cheo odpoczywała na swym ulubionym miejscu, na łóżku pokrytym skórami zwierząt i słuchała śpiewu swoich służebnic. Leżała nieruchomo z zamkniętymi oczyma, jak gdyby spała. Wokół niej siedziały na podłodze niewolnice grając i śpiewając pieśni swych narodów, pieśni, w których odzwierciedlała się tęsknota i pragnienie powrotu do swojego kraju…

Nagle gwałtownie podniosła rękę, aż zabrzęczały bransolety, którymi była ozdobiona. Poderwała się.

Służebnice szybko wstały i z oddaniem czekały na jej rozkazy. Niecierpliwie zaklaskała w dłonie: »Moja lektyka! Chcę się wykąpać!«

Niewolnice bez słowa wybiegły z komnaty, przyniosły welon i zasłoniły jej głowę. Nieco później Juri-cheo w towarzystwie kobiet prędko przemierzyła komnaty, zbiegła po schodach i przez podwórze z marmurową posadzką, kolorowymi kamiennymi fontannami i rzeźbami zdobionymi złotem dotarła do wielkiej pałacowej bramy. Tam czekali na nią czterej wysocy i muskularni niewolnicy z lektyką zdobioną osadzanymi w złocie drogimi kamieniami. Promienie słońca rozszczepiały się w nich i skrząc się rzucały wokół kolorowy blask. Wnętrze lektyki pokryte było purpurowym wezgłowiem i złotem przeszywanymi poduszkami.

Juri-cheo szybko wsunęła się do lektyki, zaś jedna ze służących opuściła za nią ciężkie wyszywane zasłony, aby do środka nie mógł zaglądać nikt niepowołany. Niewolnicy podnieśli cenny ładunek i równomiernym krokiem podążyli ulicami w kierunku Nilu. Ludzie widząc lektykę, od razu ustępowali na bok, aby uwolnić drogę córce faraona, w której widzieli swoją przyszłą władczynię.

Słońce stało już wysoko w zenicie i dla Juri-cheo było właściwie na kąpanie za późno. Zgodnie z życzeniem faraona, który nieustannie martwił się o jej zdrowie, powinna była unikać upału. Nil wszakże obdarzał przyjemnym chłodem. Miejsce, w którym Juri-cheo kazała się zatrzymać, było niedostępne dla obcych spojrzeń. Brzeg po obu stronach ozdabiało tam gęste sitowie i pozostało wśród niego tylko małe miejsce, które Juri-cheo zawsze odszukiwała. Teraz wyśliznęła się z lektyki, skinęła w stronę swojej świty, aby pozostała na miejscu i poszła w stronę rzeki.

Rozluźniła opasujące ją zwoje i te opadły na ziemię, na chwilę zatrzymała się, spięła ręce nad głową wsłuchując się w szum rzeki. Nagle coś wyraźnie zwróciło jej uwagę, podeszła o krok bliżej w stronę sitowia. Teraz była już pewna, że się nie przesłyszała. Szybko podbiegła do gęstych przybrzeżnych porostów i poczęła je rozgarniać, wtem coś zaszeleściło, aż przestraszona zrobiła krok w tył. Przed nią stała śniadoskóra dziewczyna i z przerażeniem spoglądała na nią szeroko otwartymi oczyma.

»Kim jesteś?« zapytała Juri-cheo dziewczyny.

Dziewczę ze strachem rzuciło jej się do nóg.

»O księżno, nie zabijaj go, pozwól jemu żyć!« łkała.

Juri-cheo ze zdziwieniem rozejrzała się wokół. »Kogo? O kim to mówisz?«

Wtem znieruchomiała, ponieważ z sitowia dobiegł głośny płacz. Uczyniła krok w tę stronę, lecz śniade dziewczę objęło ją za kolana.

»Pani!« prosiła przerażona. Juri-cheo wzdrygnęła się wbrew swojej woli. »Zostaw mnie!« Dziewczyna jęcząc osunęła się na bok.

Córka faraona skierowała swoje kroki tam, skąd nieustannie dobiegał do niej płacz. Zatrzymała się przed koszykiem, który do połowy zanurzony pływał w wodzie. Jednym ruchem podciągnęła szatę, weszła w wodę i schyliła się po koszyk. Przyciągnęła go bliżej, pochwyciła i podniosła. Jednym skokiem powróciła na suchy brzeg przyciskając koszyk do piersi. Już w nim było cicho. Szybko przedarła się przez sitowie docierając z powrotem do dziewczyny. Nie zwracała jednak na nią uwagi, uklękła sobie i otworzyła koszyk.

»Ach,« westchnęła zdziwiona. W koszyku leżało dziecię z ciemnymi oczami i patrzyło jej prosto w twarz. »Jakie jest miłe,« zaszeptała cichutko.

Dziewczyna podniosła głowę i ze zdziwieniem nasłuchiwała, jej przerażenie zamieniło się w nic nie pojmujące zdziwienie. Lecz nie odważyła się do Juri-cheo zbliżyć.

Egipcjanka całkowicie zajęta była dzieckiem. Kiedy obserwowała owo bezbronne stworzenie, poczuła w sercu litość i ból. Wtem przypomniała sobie o dziewczynie i zwróciła się do niej z pytaniem: »To twoje dziecko?«

»Nie, to jest mój brat,« odpowiedziała dziewczyna i znowu poczęła błagać:

»Pozostaw mi go, księżno, nie zabijaj go!«

»Ja miałabym go zabić?«

»Księżno, zabijają wszystkich nowo narodzonych chłopców Izraela. Zabiją także jego, jeżeli go odnajdą!«

Juri-cheo z niedowierzaniem pokręciła głową.

»Tak, tak się stanie, księżno!« zawołała dziewczyna jeszcze bardziej nalegając.

»Jak masz na imię?«

»Mirjam – on zaś nazywa się Mojżesz.« Mirjam wskazała na dziecię.

»A więc, Mirjam, nikt go nie skrzywdzi, będę go chronić.«

Mirjam z przerażeniem wyciągnęła ręce w stronę dziecka.

Lecz Juri-cheo przycisnęła koszyk mocniej do siebie. »Pozostawię go sobie, Mirjam, niczego się nie bój. Powiedz swojej matce, że Mojżesza wezmę pod swoją opiekę i« – po chwili milczenia dodała – »będziesz mogła czasami go odwiedzać. Przyjdź tylko za mną do pałacu.«

Mirjam długo i przenikliwie patrzyła na córkę faraona. Jej przedwcześnie dojrzałe i głębokie oczy, które uzyskały swój wyraz pod wpływem widzianych i przeżytych od samego dzieciństwa cierpień, badały, czy Juri-cheo mówi prawdę. Juri-cheo wytrzymała to spojrzenie. Zauważyła w nim strach, niedowierzanie, budzącą się nadzieję oraz uśmiech, który w końcu pojawił się także na twarzy Mirjam. Juri-cheo przyjaźnie skinęła w jej stronę ręką i promieniejąca szczęściem pośpiesznie podążyła ze swoją znajdą w stronę służby. Nie zwracając uwagi na zdziwione spojrzenia weszła do lektyki.

»Szybko z powrotem!« rozkazała i niewolnicy zaczęli biec.

IZRAELSKI LUD był pod panowaniem mocniejszego.

sierpień 17, 2009 - autor: Jezus Chrystus

Mojżesz apostoł Prawdy 3500 lat temu wyprowadza lud izraelski spod panowania Ramzesa, prowadzony przez Księcia arabskiego Abd-ru-shina, Ducha Świętego, Wolę Bożą, Sprawiedliwość, Syna Człowieczego.

Dziś ponownie Mojżesz jest na ziemi i pomaga Synowi Bożemu, Jezusowi Chrystusowi budować Królestwo Tysiącletnie.

 

IZRAELSKI LUD był pod panowaniem mocniejszego. Służyli jemu, aby zachować życie. Jego żywot nie był godnym człowieka. Palące promienie słoneczne każdego dnia, niczym oddech piekła, męczyły na polach wysuszone ciała tysięcy ludzi. Promienie te były tylko częścią cierpień, które musieli znosić w okrutnej niewoli. Nad każdym obnażonym i zgarbionym grzbietem trzaskał jeszcze bicz dozorcy.

Jego świst był jedynym dźwiękiem, który do synów Izraela jeszcze docierał, kiedy z tępym oddaniem wykonywali swoją ciężką pracę.

Nad Izraelitami panował bicz, przed którym drżeli nawet umierający i którego razy niemiłosiernie spadały na wszystkich, którzy zbyt wolno pracowali.

A ręka, która bicz trzymała, była w takim samym stopniu ślepym narzędziem jak ów bicz. Nad nimi stał człowiek, który ucieleśniał taki Egipt, jak go znał Izrael: surowy, twardy, bezlitosny! Był to faraon. Jego wola pokonała cały naród i go upokorzyła, a z jego przedstawicieli uczyniła niewolników. To jego życzeniem było naród ów zdeptać poprzez pracę i batog. Naród ten według niego zajmował zbyt wiele miejsca! Faraon rozkazał, by Izraelitów zapędzono do nędznych, zatęchłych chat, w chatach tych nagromadzono ich tylu, że groziło im uduszenie. Wytrzymali to jednak. Mężczyzn zmuszano do pracy, dozorcy dręczyli ich i biczowali. Wielu z nich zmarło, poddało się nieznośnemu uciskowi, lecz większość wytrzymała. Izraelitów bardzo szybko przybywało i faraon widział w nich nieustannie narastające zagrożenie. Dlatego w jego głowie zrodził się nowy plan: Rozkazał wymordować wszystkich nowo narodzonych chłopców.

Po podjęciu owej decyzji jego wysiłki dążące do zniszczenia ludu izraelskiego zaczęły powoli słabnąć.

Dla faraona pracowały jego narzędzia. Jego siepacze wpadali do chat zniewolonych ludzi, z zimną i pozbawioną wszelkich uczuć bezwzględnością wyrywali rozpaczającym matkom z objęć chłopców, których te chciały pierwszy raz nakarmić piersią i zabijali ich. Ich krzyk nie przedarł się poza granice dzielnicy izraelskiej. Nikt go nie słyszał, a już w ogóle nie słyszał go faraon! Żył spokojnie i wygodnie w swym pałacu i korzystał z przyjemności, których dostarczały jemu jego bogactwo i moc.

Nigdy nie poznał życia ludu, który zniewalał. Obawiał się, że gdyby owego ludu nie ograniczał siłą, to wkrótce mógłby uzyskać on przewagę liczebną nad jego narodem i stać się panem Egiptu. Celem faraona było temu zapobiec. Mógł wprawdzie Izraelitów wygnać z ziemi, nie wydawało jemu się to jednak mądrym posunięciem, ponieważ ich praca zabezpieczała dobrobyt całemu krajowi! Dopóki potrafił nad nimi panować, ich praca była jemu na rękę.

Przed gośćmi faraon o swych planach nigdy nie mówił, ponieważ były one dla niego zbyt oczywiste. A jeżeli ktoś poruszył już ten temat, to zawsze w kilku słowach dał jemu do zrozumienia, że temat ten go nuży i gość umilkł. Tylko swojej córce, dwunastoletniej dziewczynie, którą tkliwie kochał, czasami opowiadał o narodzie izraelskim jako o obcych, których trzeba pilnie strzec. Myślał, że już teraz musi swojemu dziecku przypominać o tym, co powinno wiedzieć, kiedy weźmie władzę w swoje ręce, ponieważ Juri-cheo miała stać się kiedyś władczynią Egiptu.

Cieszył się z jej dojrzałych poglądów i śmiał się, kiedy jego poglądy odrzucała. Gładził ją po lśniących, kruczoczarnych włosach i z radością obserwował, jak z powabem występuje w roli następczyni tronu. Podziwiał pewność, z jaką dobierała biżuterię do swoich szat i nie potrafił odmówić spełnienia jej życzeń. Jego miłość do niej była tym jedynym, co umilało jemu życie. Wszystkie skarby, które posiadał, były przeznaczone dla Juri-cheo. Nawet nie spostrzegł, że z powodu swojej córki stał się skąpcem. Przed Juri-cheo musiał ustąpić nawet jego syn, który jako pierworodny miał prawo do tronu. Dla jednego wdzięcznego spojrzenia jej jasnych oczu musiały cierpieć tysiące Izraelitów. Kiedy jego bóstwo uśmiechnęło się, faraon zapominał o wszystkim.

Juri-cheo żyła nie wiedząc jakiego nieszczęścia stała się przyczyną. Była jeszcze dzieckiem, ale już rozwijała się niczym delikatny kwiat. Jej oczy często miewały zaśniony wyraz, taki sam, jaki często noszą ludzie szukający, ludzie, którzy nie rozumieją sami siebie. Kiedy lekko kołyszącym się krokiem przemierzała komnaty pałacu lekko przy tym dzwoniąc złotymi ozdobami i tajemniczo szeleszcząc jedwabiem swych szat, całkiem o sobie zapominała. Wydawało jej się, że unosi się nad ziemią, że traci kontakt ze wszystkim i stoi ponad biegiem zdarzeń, które wyciągając do niej swoje ręce daremnie starały się ją pochwycić.

Kiedy powracała do rzeczywistości, najczęściej wybuchała śmiechem i gwałtownym ruchem strząsała z siebie ostatnie wątpliwości. Zazwyczaj kazała sobie wtedy przyprowadzić konia i jeździła na nim tak długo, aż się zmęczyła.

ABD-RU-SHINA NAGROBNA PŁYTA MÓWI

czerwiec 14, 2009 - autor: Jezus Chrystus

KAMIENIE MÓWIĄ

 

 

PRZED PRAWIE

 

TRZEMA TYSIĄCAMI PIĘCIUSET LATY…

 

NE-SO-MET, NAJSTARSZY Z PLEMIENIA IS-RA,

 

OSAMOTNIONY PRZEBYWA W GROBIE TEGO,

 

KTÓREGO KOCHAŁ.

 

ZDARZENIA, KTÓRE PRZEŻYŁ, ZMUSZAJĄ GO,

 

ABY UJĄŁ W DŁONIE DŁUTO I WYCIOSAŁ

 

W TWARDYM KAMIENIU OBRAZY, KTÓRE WYRAŹNIE

 

POJAWIAJĄ SIĘ PRZED JEGO SKRUSZONYM DUCHEM.

 

TYM KŁADZIE PODWALINY SKARBCA,

 

KTÓRY MA BYĆ POD MĄDRYM PROWADZENIEM

 

ODKRYTE W CZASACH NAJCIĘŻSZYCH LUDZKOŚĆ.

ABD-RU-SHINA NAGROBNA PŁYTA MÓWI

 

Nagrobna płyta Abd-ru-shina 1 

SKUPCIE uwagę, ludzie 1, tu w królestwie cieni żyje duchowo 2 i ziemsko 3 doskonały.

Tchórzliwa ręka wroga 4 go posłała w dół, jego, który był mądrzejszy niż poświęcony ibis 5. Był jak jasna powierzchnia błyszczącego srebra, w niej przeglądały się nasze kobiety 6. Był czysty i światły i był godny nosić koronę 7, która mu teraz spadła z głowy.

Aż na niebie objawi się znak Ryb 8, tak potem przyjdzie król, który mu będzie czystością równy. Będzie ubogi jak ptak w powietrzu 10 i będzie wysłany, aby zadeptać fałszywego gada 9. Aż do tego czasu będzie Abd-ru-shina berło 11 odpoczywało. Żaden władca nie poprowadzi nas tak jak On.

Rozpaczajcie, bracia 12, płaczcie, osamotnieni, odszedł od was ten, który nam był ojcem. Dawał nam pokarm 13, spętał zło 14 i uczył nas mądrości 15, albowiem był mądrzejszy niż wy wszyscy.

Teraz, moja ziemio, staniesz się łupem nieprzyjaciół. Obce nogi 17 pozostawiają ślady w naszym piasku, świszczą nad nami obce strzały 16. On, który nas chronił, żyje w królestwie cieni.

Pięć lat 19 upłynęło, zanim była postawiona piramida 18, w której jest ukryta ta płyta. To uświęcone miejsce pokryje piasek i będzie je chronił przed obcym wzrokiem. Słońce i gwiazdy 20 je nigdy nie zobaczą, dopóki On ponownie nie zstąpi na ziemię. Albowiem znowu będzie żył tu na górze, a przy jego boku będzie najwierniejsze serce, które zawsze z nim współbrzmiało 21. Wszystko, co mu było miłe, będzie u Niego. I szlachetny waleczny koń przywita radośnie swego pana 22, gdy przyjdzie, aby sądzić ziemię.

Będzie siedział na złotym tronie 23, a słońce, księżyc i gwiazdy 24 mu będą podporządkowane. Trzyma miski gniewu Bożego w równowadze 24, tak że nie przechylą się bez Jego woli.

Wszędzie na ziemi zapanuje doskonałość 25. Tam, gdzie ludzie nie będą chcieli słuchać, zmusi ich ostrzem swego miecza 26. Do wszystkiego przyłoży miarę 27, tak że zostanie tylko to, co jest doskonałe 28. Bez Jego woli nie zmarszczy powierzchni rzeki żadne wiosło 29 i nie zabrzmi żaden dźwięk struny 30. Ludzie, patrzcie w siebie jak w zwierciadło 31. Siedzicie i myślcie 32, jak byście mogli dokończyć, co nie jest gotowe 33. Wy błaźni, rozsadza was pycha 34, a pomimo to wasze dzieło jest poślednie. Doskonałe będzie tylko to, co wam On poleci wykonać. Aż On będzie chciał, pojawi się cyfra trzy 35 w kręgu na znak tego, że poślednie dzieło jest u końca.

Zwracajcie uwagę na ową uświęconą cyfrę 36. Częstokroć powróci, aż raz wielki kołobieg zdarzeń podczas obrotu wyśle błysk 37, który ogniście wyleci ku niebu. Potem nastanie nowa doba, gdy będzie Gołębica panować nad ibisem 38. Wiele królestw i koron 39 upadnie w proch. Jego korona będzie świeciła jaśniej niż wszystkie inne i będzie władać ziemią i morzem. Zwróćcie uwagę, ludzie, zwróćcie uwagę 40 i słuchajcie, co wam może wieszcz oznajmić o nadchodzących czasach:

Potrójna 40b będzie bieda, która runie na ludzkie pokolenie: choroby zakaźne 41, klęska głodu i wielkie trzęsienie ziemi, które nie pozostawi kamienia na kamieniu 42. Zamek ani brama 43 nie mogą przed nimi ochronić. Potrójna i po raz drugi 44 będzie nadchodząca cierpka bieda: wojna 45, skrytobójstwo 46 i wielkie umieranie. Aż po brzegi będzie napełniony puchar jadem 49, z niego ludzkość musi wypić swój los.

Nieznośnie praży słońce 47 na piramidy 48, obudzi tych, którzy odeszli, gdy przechodzi obok zmęczony wędrowny pielgrzym 50. Będzie bez domu, ludzie, wasz dom będzie zniszczony i już swych obejść nie odnajdziecie. Zwróćcie uwagę na wieszcza głos, zwróćcie uwagę i słuchajcie 52! Niespokojnie biega szakal po pustyni 53, i nie pozostawia za sobą śladów na piasku.

Gęsto i bezustannie pokrywa piasek skrzynie pełne wartościowych przedmiotów, własność naszego władcy Abd-ru-shina! Biada, że już nie jest między nami! Był wartościowszy niż wy wszyscy! Zapalcie ku jego czci kadzidło w złotych naczyniach 54. On był naszą ochroną i naszym panem. Trzymał miski gniewu 55 uniesione nad nami, ale nie przechylił ich. Jego dzieło przyniosło pokój i rozkwit 56. Teraz od nas pokój i spokój odszedł na całe tysiąclecia. Wielkie pałace rozpadają się w ruiny i bez domu jest ptak 57, który kiedyś pod ich strzechami ufnie budował gniazdo. Ptaka gniazdo spada razem z kamieniami 58, które wydawały się być postawione na wieki.

Wszak skupcie uwagę, ludzie 59. Tam, gdzie teraz jeszcze stoi Abd-ru-shina królewski pałac, leżą ukryte w ziemi uświęcone opisy 60, które opowiadają o tych czasach. Z nimi było ukryte naczynie pełne kamieni szlachetnych. Między nimi znajdują się trzy wielkie, niezmiernie cenne diamenty, które są przejrzyste jak najczystsza woda i błyszczą, jakby przeszły żarem ognia 61. Czekają, aż Abd-ru-shin ponownie wstąpi na ziemię. Gdy będzie jako król znów żył na ziemi, będzie nosił największy z nich. Dwa następne będą zdobić szlachetne kobiet, które do niego należą. Szczęśliwe to kamienie, które mu mogą służyć! Nie są chłodne, żyją; pod ziemią czekają na swój dzień.

Aż do tego odległego czasu wy ludzie nie osiągniecie niczego doskonałego 62. Stawiacie kamień na kamieniu 63, ale podczas gdy zachwycacie się swymi wielkimi umiejętnościami 64, powiew wiatru burzy wasze dzieła 65. Wy mali ludzie, czym jesteście bez Niego? Wasz żywot jest przemijający jak fala na wodzie 66 a ślady waszych największych czynów nie są głębsze niż ślady ptaka na piasku 67. Mieliście rozkwitać, jak kwiaty 68 i powinna was była otaczać woń jak kwiat lotosu. O tym zapominacie.

Wasze myślenie jest skupione na zdobywaniu skarbów 69, jak by je gromadzić i jak by ze złota tłoczyć monety. Czyż On was tego uczył? Złoto mieliście wykorzystać na klejnoty i cenne naczynia, jak to czynił On. Wy jednak poniżyliście je na diabelskie dzieło. Płody waszych pól sprzedajecie za złoto 70. Kto was tego uczył, macha nad wami kopią 71. Staliście się niewolnikami zła. Uważajcie jednak, ludzie, baczcie na słowa i słuchajcie wieszcza 72! Sami sobie na całe stulecia zamknęliście dostęp do szczęścia i pokoju 74.

Wielokrotnie powróci owa uświęcona cyfra 73, niż na ziemi znów pojawi się doskonałość 75. Potem znowu będzie odnowione połączenie wyżyn z dołem 76, aż się w wiecznym kołobiegu 77 gwiazd przybliży znak Ryb 78, uczyni wieczna mądrość 79 krok by was uratować. Najpierw jednak cierpienie i głód zmuszą was, byście padli na kolana 80. Z wami będą cierpiały zwierzęta 81, które wplątaliście w swój upadek. Aż będziecie błagalnie prosić, aby zaświeciło słońce, spadnie deszcz 82 i wody 83 wzburzą się przeciw wam. Będziecie kopali 84 głęboko, ale to, co znajdziecie, nie wystarczy 85. Głód będzie was dręczył i zżerał, jak drapieżne zwierzę 86.

A gwiazdy 88 się mienią nad wodami 87 w jednym dalekim kraju, gdzie nie czczą poświęconego ibisa 89. Tam rozkwita róża cudownej woni i barwie, połączona z najwyższym światem. Ta róża 90 jest samotna, jej los jeszcze się nie napełnił. Poświęcony ptak 91, który przyniósł jej wiadomość, odlatuje. Misy Bożego gniewu skłaniają się ku ziemi 92. Wcześniej, niż będzie księżyc w pełni 93, zniszczenie dosięgnie także tego kraju. Jego miasta 94 będą wypalone i wszelka nadzieja umrze. Pokarm 95 zostanie zniszczony i skażony, łany na polach 96 będą zdeptane wcześniej, niż dojrzeją, zwierzęta 97 będą zaszczute i zabite. Strzały 98 świszczą. Wszystkie bramy 99 się otwierają. Biada, aż wzejdzie słońce 100. Będzie świeciło na koronę bez władcy 101, na spustoszoną ziemię i zniszczoną różę. Po trzykroć biada ludzkości 102.

Zaczyna się nowe tysiąclecie. Pieczęć czasu zostanie złamana 103. Gwiazdy 104 wędrują wiecznie w swym pięknie; wszystko, co wytworzy człowiek 105, podlega zmianom. Walka i niepokój 106 nękają znowu i znowu kraj, wielcy władcy przychodzą i odchodzą 107. Morze faluje od brzegu do brzegu 109. Bardzo daleko na niebiańskich wyżynach wschodzi nowa gwiazda 108, która ma ogłaszać zbawienie ludzkości. Do tego czasu jednak będzie jeszcze daleko, bardzo daleko.

Zmiana goni zmianę. Na krótką dobę nastanie także czas hojności. Wody się mienią rybami 110 a ślady w piasku 111 wiodą do łownej zwierzyny, która się mnoży 112. Znów pojawia się uświęcona cyfra 113, a z nią obietnica szczęścia i pokoju dla ludzkości. Wszystko, co ludzie umieją i wytwarzają, jest jednak krzywe 114 jak przed wiekami, a ich mądrość spoczywa na glinianych nogach 115. Co chce radośnie dążyć ku słońcu 117, to zagrzebią głęboko do ziemi 116, gdzie się to rozpadnie i zaniknie. Sama wzniosła Izyda trzyma misy gniewu 118 nad ziemią, a Ozyrys 119 smutnie się patrzy na puste ołtarze 120, na których już nie jest czczony poświęcony ibis 121.

Ludzie wszakże będą jeszcze raz wielce szanować bogów i czcić ich 122. Będą im przynosić wiele klejnotów 123, cennych naczyń i ozdób 124. Dobrobyt na ziemi wzrośnie. Na skraju pustyni 125 powstają wielkie obozowiska i z nich wyruszają długie karawany jucznych zwierząt zmierzające ku urodzajnym niwom 126 – 128, gdzie szumią wspaniałe zielone drzewa 129 dające cień i gdzie osioł 130 stąpa do wody 131.

Z wysokiego miejsca 132 spogląda wieszcz na nadchodzące czasy, jedne bliżej, drugie dalej. Widzi, jak po tysiącleciach pojawia się to, co zasypał piasek: Abd-ru-shina budowy 135 i Abd-ru-shina mądrość 133. Słońce wysoko na niebie 134 może na nie kłaść swoje promienie i świecić na to, co w jego czasach było mądrze i świetnie zorganizowane 136/137. Aż nasz władca Abd-ru-shin wydostanie się z krainy cieni i ptaków śmierci 140/141 i wejdzie do żywych, Róża 138 i Lilia 139 rozkwitną – obie wspaniałe i czyste.

Przyniesie jednak zmianę. Podczas gdy przed apisem 143 oraz ibisem 144 się klękało, On zwiastuje królestwo na samym szczycie wszechświata 145. Jego gwiazda 146 stoi na niebie i jest jaśniejsza niż księżyc 147. Wieszczy 148 mówili o nim: przyjdzie, aby uśmiercić zło 149 pełznące z ciemnościami i przynieść nową leczącą siłę 150 wszystkiemu, co jest osłabione. Polne płody 151 przyniosą hojność pożywienia i radośnie nasycą ludzi, tak że będą wznosić podziękowania grą na strunowym instrumencie 152.

Na jednej górze 154 zostanie postawiony ołtarz 153; tu będzie się czcić najwyższego z bogów. Ludzie, przynieście tu wszystkie skarby 156, które wykopiecie z ziemi 155 i 157, abyście ozdobili owo poświęcone miejsce. Mądrości z góry 158 przygotujcie miejsce 159, aby przebywała u was, albowiem wasze poznanie 160 jest nicością a to, co odkryjecie, zaniknie jak ślady ptaków 161 w piasku. Jeżeli jednak prawdziwa mądrość u was, będzie poznanie rosnąć jak ptaki 162, którym się sypie ziarno 163. Ze wszystkich stron nadchodzić będzie nowe poznanie.

Aż w owych dalekich czasach znowu przybliży się poświęcona cyfra 165 i przyniesie ze sobą doskonałość 166, ziemia z wielkim dudnieniem i hukiem zacznie się poruszać. Góry będą pękały 164 a księżyc 167 zatraci swój blask. Strzały 168 będą przeszywać ciemność i znajdą cel. Ze wszystkiego, co tu będzie, pozostanie niewiele 169. Mało będzie tych, których mądrość 170 zwróci się ku wschodowi słońca, aby zyskać prawdziwe poznanie. Morze 171 będzie huczeć i burzyć się jak nigdy przedtem, potężne fale wszystko pochłoną. Ziemia będzie dudniła, a jej powierzchnia będzie z hukiem pękać 172, ogień i lawa rozleją się szeroko dookoła.

Na Abd-ru-shina ramieniu będzie ponownie jaśniał naramiennik pełny wzniosłej siły 173, którą mu teraz odebrała tchórzliwa ręka wroga. Naramiennik musiał niespokojnie wędrować po ziemi. Nikomu nie przyniósł szczęścia i skłaniał ludzi do złych czynów, dopóki nie był włożony do łona ziemi. Abd-ru-shin jednak przybędzie do góry 174, w jej głębinach na niego czeka ten klejnot. We właściwym czasie będzie wychodził na górę 175, stale wyżej i wyżej, aż go wydobędzie wierność 176. Potem już nigdy nie opuści ramienia naszego władcy i będzie mu dodawać sił i ochronę. Szybko się napełni to, co wieszcz widzi 177. Pieczęć za pieczęcią 178 się łamie.

 

Ta, która jest z nim pochowana w piramidzie, czysta wierność, kiedyś była radością naszego władcy, będzie znów z nim. Tu w grobowcu 179 odpoczywa ta, którą cenił nad wszystko. Jego śmierć ją trafiła w serce 180. Sześć 181 razy pięć 183 stuleci będzie jej ciało drzemać tu na dole. Ze łzami w oczach i z rozpaczą żeśmy ciebie pochowali, Nahome, najmilsza ze wszystkich księżniczek. Twój chód 182 był lekki, wydawało się, że się unosisz. Twój głos brzmiał wesoło, a twój śmiech był perlisty. Umilkł tego dnia, gdy odebrano nam władcę. Do grobu 184 ci twoje wierne kobiety włożyły twe skarby, aby ci towarzyszyły aż do owego odległego dnia, gdy będzie twoje ciało odnalezione. Uśmiech, który kochaliśmy, rozjaśni twą twarz, aż wspaniałe misy 186/187, skrzynia pełna klejnotów i łańcuchów 185 oraz złote wiosło 188, które twa rączka tak chętnie ujmowała i w zabawie zanurzała w wodzie, znowu pojawią się przed twym wzrokiem.

Jeszcze dziś między żywymi, najwierniejszy przyjacielu naszego władcy, ty, jesteś Abd-ru-shina mieczem 189. Przyjdzie jednak dzień, gdy grobowce zostaną otwarte i przyjmą twe ciało, aby odpoczywało w bliskości twego wzniosłego pana. Jesteś szczęśliwy, albowiem wolno ci powrócić, abyś mu służył, gdy będzie ponownie królem na ziemi. Powoła cię 191 przed swój tron 192, abyś mu pomagał założyć królestwo na ziemi. A przed wzniosłym Abd-ru-shina obliczem będzie znowu stał także ten 190, który ujeżdżał jego konie i ćwiczył je do zwycięskich bitew i znowu mu będzie ślubował wierność. Poczwórna będzie otoczka 193 tego, który stanie obok niego, aby nosić jego miecz i tarczę. Owi pomocnicy będą czyści i jaśni jak najwspanialsza czysta woda ofiarna w złotych naczyniach 194 i ostrzy jak miecz 195. Na czołach poniosą Abd-ru-shina pieczęć 196 i będzie do nich włożona wieczna doskonałość 197. Do nich dołączy ten, który będzie najmądrzejszą sprawiedliwością 198 w wiecznym królestwie, które Abd-ru-shin założy tu na ziemi. Błogosławieni, po trzykroć błogosławieni ci, którzy są wybrani na jego pomocników.

Dbajcie o to, jak wydychacie, i na dźwięk swej mowy 199, Abd-ru-shina pomocnicy. Na stopniach świątyni musicie być niczym szlachetne naczynia 200. Wszelka pycha 201 musi zniknąć, gdy nasz król do was przyłoży swą miarę 202. Macie być jak zwierciadło: radośnie i jasno będziecie promieniowali obrazem ziemi w górę 203. Blask nieba 204 będzie się odbijał od was czysty i niezmącony. Wszystko będzie nowe, stare 205 się rozpadnie i już nie będzie żyć. Także ziemie za morzem 206 będą żyły bezpiecznie pod berłem naszego króla. Co jest skośne i co jest proste, się dobrze złączy 207. Tylko dla krzywizn już nie będzie miejsca. Dziki ptak 208 złagodnieje i nie będzie już szkodził stadu. Kamienie, które zaokrągliło wieczne falowanie morza 209, i belki z cennego drewna 210 zostaną zwiezione z całego świata na budowę uświęconego miejsca. Doskonałość znów przyjdzie na ziemię 211.

Zwiększcie uwagę, ludzie 212. Przyjdzie czas, gdy zwierzęta 213 będą znowu takie, jak były kiedyś stworzone, gdy słuch będzie mógł odbierać wibrujące tony brzmiące we wszechświecie 214, a gdy się ludzki duch będzie unosił nad tym, co jest przykute do ziemi 215. Osiodłajcie Abd-ru-shina ulubionego konia, aby galopował 216 przez swe królestwa. Jemu, władcy, są podporządkowane wszystkie korony.

Aż będzie uświęcona cyfra więcej niż napełniona 217, aż ibis 218 przyniesie nowiny na ziemię, gdzie jest dotąd czczony jako poświęcony ptak, skłońcie się, Ozyrysie 219 i Izydo 220: Włócznia będzie znów spoczywała w Abd-ru-shina ręce, a wąż 221 będzie spętany. Cudowne ptaki z różowymi piórami 222 niosą ku ziemi naczynie 223, które się błyszczy i lśni i jest pełna najczystszej siły. Miecz naszego władcy 224 niszczy wszelkie wzbraniające się zło 225. Tylko jednym okiem spogląda księżyc na ziemię 226, wtedy zejdzie w dół błysk 227, aby oddzielić czyste od nieczystego.

Na nieboskłon wstępuje znak Wodnika 228 i zaczyna się wielka era, najwspanialsza i najbardziej uświęcona na ziemi. Czworonogie zwierzęta 229 i ptaki 230/231, ludzkie serca 232 i rośliny 233 powstaną w pięknie i sile, uświęcona cyfra przynosi doskonałość 234. Zwróćcie uwagę, ludzie, zwróćcie uwagę i słuchajcie 235: Abd-ru-shin przyjedzie na silnym rumaku 236, aż będzie widać na niebie tylko wąski sierp księżyca 238, a będzie na nim wyraźnie jaśniało wielkie W 237. Z piasku się wynurzą piramidy 239, do nich ułożyliśmy Jego ciało. Mocno go to będzie przyciągało i gdy tędy będzie przechodził, natrafi na mur 240, który dotąd spoczywa w piasku. Mury tworzą regularny ośmiokąt. Kopcie, kopcie, ponieważ w tym miejscu są ukryte niezmierne skarby: rzadkie klejnoty, złoto i wzniosła mądrość 241, do niej zna klucz 242 jedynie On.

Z nieba będą schodzić błyski i góry będą pękać 243, walki 244 i powstania 245 będą pustoszyć ziemię, ale Abd-ru-shin będzie przebywał w pokoju ze swymi służebnikami 246. Lilia przepięknie rozkwitnie w czystości i cudności 247. Spojrzenie na nią przynosi ludziom radość. Ze świątyni wchodzą w górę płomienie 248 prawdziwej pobożności. Na firmamencie stoi pełna obietnic Abd-ru-shina gwiazda 249; świeci z niej siedem kolorów i swym światłem zaciemnia księżyc 250. Nad ziemią świecą dwa słońca: nowe jest większe i mocniejsze 251 niż stare 252. Aż się to nowe słońce objawi, morze 253 się podniesie i znowu zatopi rozległe kraje, nad nimi już kiedyś huczało.

Z wód podniosą się inne obszary, ponieważ ich uświęcona cyfra 254 się napełni. Będą tam znalezione prastare naczynia 255, przewrócone i puste. Złoto i srebro, które w nich było ukryte, leży niedaleko 256, ale po tysiącach lat ściemniało. Ostre miecze 257, już przed dawnymi czasy przecinały powietrze niczym błyski 258, się rozpadają i jęczą. Namioty 259 ludzi, którzy się tu kiedyś radowali ze Światła, są spalone i już się nie odnajdą. W miękkim morskim piasku są jednak widoczne ślady ogromnych zwierząt, które tutaj żyły. Wielkie gady 260, drapieżne zwierzęta 261, konie 262, rośliny 263 i drzewa wymarły i kamienie 264 leżą rozrzucone. Aż do tego pustego wstąpi Abd-ru-shin, będzie wszystko przebudzone do nowego życia. Abd-ru-shinie, nasz władco, jak jesteś wielki i wspaniały! Twoje berło 265 unosi się nad wszystkimi krajami. Biada nam, że żeś od nas odszedł tak wcześnie,

Do swego miasta wjedzie król 268, syn cieśli 269. Jego berłem 267 jest krzyż, jego królestwem są dusze 266. Chce wylać dobro na całą ziemię 285. Ziemia go jednak nie pojmuje, naczynia 270 są zamknięte i nic nie przyjmują. Złe ptaki 271 połykają błogosławieństwo niczym ziarno. Słońce utraci swój blask 272, aż będzie ten wzniosły zamordowany 273. Jego korona 274 spada do prochu. Prosto i nieokazale przyszedł 275, prosto i nieokazale odchodzi 276, ubogiego złożą do grobu 277. Wydaje się, że zło 278 wykreśliło cyfrę trzy. Znak Ryb 279 nie przyniósł błogosławieństwa, które miało uratować świat.

Aż się uświęcona cyfra 280 napełni po raz ostatni, będzie przy słońcu 281 i przy księżycu 283 stała nowa gwiazda 282, ale będzie świeciła jaśniej. Niedoskonałe dzieło 284 się musi stać doskonałym 286, co było w dole, usiłuje dostać się na górę 287, albowiem nadszedł święty czas Gołębicy 289. Błogosławiony, kto to przeżyje. Misa 288 łask jest napełniona tak, aż przecieka.

Z miecza 290 naszego władcy promienieje święty znak. Swą włócznią 291 pokonał węża, który rodził zawsze tylko zło. Spętał go i wrzucił za pewne zamki i kraty 292. Biada światu, aż Pan będzie musiał jego pęta znowu uwolnić!

Świętą cyfrę trzy 293 w promieniach podniesiona a Jego korona 294 panuje i nad grobem i śmiercią. Światło z góry 295 na niego świeci, gdy siedzi na złotym tronie 296. Jest święty i wzniosły ponad wszystko. Jego twarz jest serdeczna jak twarz ojca i surowa jak twarz sprawiedliwego sędziego. Aż przyjdzie jego czas, będzie rozdawał serdeczność i surowość. Niczym płomień ofiarny 297 będzie przed nim unosiło się czczenie. Wąż 298 się zwija, a fałszywa mądrość 299 musi zhańbiona ustąpić miejsca.

Potem będą struny 300 ponownie brzmieć czysto. Prastare proroctwa 301 opowiadają o dobie, która teraz nastała. Wola najwyższego z bogów skrzyżowała się z wolą ludzką 302 i na znak tego będzie wzniesiony proporzec 303 w namiotowym mieście 304, gdzie król zamieszka. Z oczu ludzi będzie zdjęta opaska 305, aby widzieli skarby, które płyną z góry, i aby się nauczyli otwierać swe naczynia 306. Pięciokrotna 307 będzie siła, którą im będzie dana, jeżeli prosto i bez fałszu 308 poświęcą ciało i ducha 309 do służby władcy. Potem znowu wypuści pąki i to, co już prawie wyschło 310, a ludzie odnajdą leczniczą siłę we wszystkich roślinach.

Ptak pojawi się w krasie 311 i odnajdzie bezpieczny dom 312, albowiem uświęcone świątynie i pałace znowu powstaną. Ich kształty są doskonałe 313 i zachwyca w nich najczystsze czczenie. Jak się kwiat otwiera 314 w promieniu słońca, tak się otwierają dusze Światłu z góry. Ze wszystkich strunowych instrumentów będą rozbrzmiewać najczystsze tony 315. Spełnią się prastare mądre przepowiednie 316, które wysławiały owe czasy i przepowiadały, co się w nich będzie dziać.

Dopiero teraz człowiek zacznie pojmować skarby ziemi i jak je ma używać do swojego wyzwolenia 317. Znów się nauczy używać sił wszechświata 318. Ze zwierząt 319, które ludzie ściągnęli ze sobą do zguby, jest zdjęta klątwa. Wszędzie panuje szczęśliwa równowaga 320. Śpiewnie zanurza się wiosło w wodach 321, złote wiosło, które kiedyś trzymała Nahome w swej rączce. Tak jak poskromiony szakal 322 dołączy do stada, będzie pokonane i zło.

Człowiek znowu odkrywa wieczne prawa natury. Mądrym postępowaniem 323 nauczy się pokonywać ciężar ciała. Doskonałemu daje nowe formy 324. Wszystko zmierza w górę 325. Co się chce jeszcze opierać, będzie rozdeptane i poskromione pod nogą władcy 326. Całe stworzenie jest zwierciadłem 327, w nim odbija się Boskie. Ludzie się przestali sprzeczać; co było spiczaste i kanciaste 328, zaokrągla się 329.

Wieszcza widzenie z wysokości 330 skończone.

Złamcie pieczęć 331 na wejściu do grobowca 332, z którego promienieje krzyż. Znajdziecie tam ułożone Abd-ru-shina ziemskie ciało 335, a u niego wszelką mądrość 333 i klucz do dusz 334.

Abd-ru-shin, nasz bohater, nasz król, już nie żyje w królestwie cieni. Włada światem, wszechświatem. Przestańcie narzekać, ludzie, wiwatujcie i śpiewajcie mu na chwalę. Odszedł od nas, ale powróci na wieki.

 

 

To jest mój znak 336, który własną ręką wyryłem w kamieniu w dniach, gdy jest dla nas Ozyrys 337 zasłonięty. Człowiek, który to zwiastuje, jest tylko kanciastym naczyniem na pękniętym progu 338. Ciężkie uderzenia Bożego gniewu na świat, ponieważ zawiść 339 i podstęp 340 się wkradły do Abd-ru-shina namiotu 341.

 

Oto jest moje wierne dłuto 342, które wytworzyło wszystkie znaki.

LUDZIE plemienia Is-Ra z wielkim wysiłkiem zbudował piramidę i złożył w niej ciało swego ukochanego księcia na spoczynek.

czerwiec 4, 2009 - autor: Jezus Chrystus

LUDZIE plemienia Is-Ra z wielkim wysiłkiem zbudował piramidę i złożył w niej ciało swego ukochanego księcia na spoczynek. Pochowali w niej także swą umiłowaną księżnę, z biegiem czasu we wnętrzu piramidy spoczęli także wszyscy wybrani.

Wieszcz Ne-so-met, jako ostatni z Is-ma-nów, przemierzał niespokojnie korytarze pałacu. Pragnął spełnić swe zadanie. Jego wnętrze dręczył ból. Nie potrafił odnaleźć spokoju, którego tak szukał.

Często w samotności stał przed kryształową kulą, ale ta pozostawała pusta. Nie miał już na co czekać. Stał się wyrzutkiem!

Pewnego dnia stał przed piramidą, w której spoczywali wszyscy tak mu drodzy. Tylko wiatr wył nad miejscem, gdzie leżały ciała tych, którzy odeszli z tej ziemi. Stary wieszcz oparł się o szorstki kamień, był śmiertelnie zmęczony.

»Panie! Zostałem sam jedyny ze wszystkich. Zlituj się i nie zostawiaj mnie na tej ziemi, jak pusty owoc! Zabierz mnie do swego królestwa! Pozwól mi odczynić to, w czym zawiniłem, pozwól mi wszystko odpokutować!«

Nagle wiatr zaszumiał wokół starca mocniej i wydawało się, że niebiosa dla niego znów się otworzyły! Jego oczy otwarły się szeroko, zasłony opadały jedna za drugą. Z siłą młodzieńca wieszcz przystąpił do swego ostatniego dzieła.

Ujął dłuto i zaczął w kamieniu wyciosywać wszystko, co widział. Po skończonej pracy, wszedł wyprostowany przez siedem bram do grobowca swego księcia i położył kamienną tablicę na Abd-ru-shinowym grobie.

Długo stał wieszcz ze spiętymi dłońmi przed miejscem spoczynku

 

ABD-RU-SHINA,

 

arabskiego księcia, ciałem uczynionego Słowa Bożego.

WIESZCZ widział długi kondukt wielu białych jeźdźców. Nieśli białego księcia…

maj 19, 2009 - autor: Jezus Chrystus

WIESZCZ widział długi kondukt wielu białych jeźdźców. Nieśli białego księcia…

Wieszcz po raz drugi przeżył wszystko, co kiedyś pozwolono mu ujrzeć, aby w porę ostrzegł swego Pana. Nie słyszał już wprawdzie głosu Is-ma-ela, ale w jego wnętrzu brzmiały jeszcze i całkiem go wypełniały jego słowa:

»Jeżeli będziesz milczał, spocznie na tobie wina!«